środa, 10 kwietnia 2013

Dlaczego nie pójdę dziś na Krakowskie Przedmieście?

Dotarcie na warszawskie Krakowskie Przedmieście, pod Pałac Prezydencki zajmuje mi zwykle koło 12 minut. Wsiadam w 116, chwila jazdy i jestem na miejscu. Dziś jest tam tłoczono, wiem to z relacji telewizyjnych bo sam się tam nie wybieram. Dokładnie pamiętam 10 kwietnia 2010 roku, to była sobota. Leniwie otworzyłem oczy i tłukłem się po łóżku zerkając na Kuźniara w tvn24. To było tuż po świętach, padał deszcz. Było zimno, może nawet tak zimno jak dziś. Z tym, ze wtedy na pewno nie było śniegu. Nagle ludzie w tle, pod monitorami w tvn24 zaczęli szybko biegać. I to wzmocniło moją uwagę. Przełączyłem na TVP Info, siedział Siezieniewski z gośćmi i mówił coś o awarii samolotu lecącego do Smoleńska. Przecież ten samolot się ciągle psuje, raz nawet zapalił się silnik - pomyślałem. Jednak także w TVP ludzie biegali jak w ukropie. Byłem pewien, że coś się stało. Zostałem już na TVP i niedługo potem usłyszałem to, co wszyscy. Zaczęły się telefony do i od znajomych. Ubierałem się w biegu, w między czasie piłem kawę i jadłem parówki. Pojechałem do pracy, mimo wolnego dnia. W okolicach południa wylądowałem przed Pałacem Prezydenckim i autentycznie popłynęły mi łzy. 96 osób zginęło w jednej chwili. Szok. Wielu z nich znałem przecież osobiście. Patrzyłem na przychodzących tam ludzi, na twarzy mieli to samo co ja w sercu. Smutek. Nie było natomiast podziałów. Nikt nie pytał nikogo na kogo głosował, kogo popiera. Polacy byli jednością. Zaimponował mi nasz naród. Byłem dumny, że chociaż raz potrafimy iść razem. W ciągu kolejnych dni na Krakowskim byłem jeszcze dwa lub trzy razy. Ostatni raz wtedy, gdy stanął tam słynny biały namiot, a politycy (wszystkich opcji) zapragnęli zbić na tej tragedii polityczny kapitał. A rozmodleni "prawdziwi Polacy" gotowi byli zlinczować nielubianych przez siebie dziennikarzy.  Nie pamiętam czy byłem tam rok temu. Chyba nie. Nie będzie mnie także i dziś. Czemu? Nie tylko dlatego, że chcę uniknąć pojawiania się w towarzystwie ... powiedzmy kontrowersyjnym. Rozumiem żal, gorycz, smutek, opieszałość w wyjaśnianiu tego, co się wydarzyło. Ale do cholery!!! Czemu w polskiej rodzinie zawsze jest tak, że kłócimy się na cmentarzu, albo na weselu? Pewnie wielu z nas było świadkami, albo i uczestnikami, rodzinnych awantur w czasie i miejscu co najmniej niestosownym. Często właśnie nad grobem innego bliskiego, którego przyszli pożegnać. Naprawdę nie można pokłócić się dzień wcześniej  lub dzień później? Trzeba z tą swoja awanturą wejść w sam środek czegoś, czemu należy się chwila ciszy? Zapalczywość i agresywna postawa osób stojących właśnie przed Pałacem Prezydenckim sprawia, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Ulewa mi się na sam ich widok, a jeszcze bardziej gdy czytam hasła, które niosą na sztandarach. Są wierzący? To niech uklękną i modlą się w ciszy, a nie w takim dniu urządzają sobie polityczny wiec. Pomijam już kwestię miejsca, w którym się spotykają. Bo idąc ich tokiem myślenia w rocznicę śmierci mojej babci powinienem chodzić pod restaurację, w której pracowała, a nie na jej grób na cmentarzu. Jeśli tak wygląd okazywanie szacunku i pamięci zmarłym to dziękuję. Ja okażę to w inny, mniej "spektakularny" sposób. I w samotności.