wtorek, 21 października 2014

House of Cards ... po polsku :)

wtorek, 21 października 2014 r.  godzina 12:37
miejsce akcji: Sopot, dom bylego premiera i Warszawa, gabinet Marszałka Sejmu 



- Radek what the fuck?!!?!!?!? Co ty pieprzysz?! - Donald nie krył oburzenia. Był autentycznie wściekły. Nawet nie dlatego, że znów został wplątany w jakąś, tym razem międzynarodową, aferę. Głównie chodziło mu o to, że jego były minister swoimi słowami dla amerykańskiej prasy sprawił iż musiał przerwać polerowanie angielskiego. Bo to właśnie tej aktywności oddawał się ostatnio bez reszty.

- Przecież sam mi powiedziałeś, że Putin proponował nam Lwów! - bronił się Sikorski nerwowo odświeżając stronę główną "Gazety Wyborczej". Wywiad, którego jej udzielił wciąż nie został opublikowany.

- Powiedziałem, powiedziałem. A ty mi tak we wszystko ... believe... wierzysz. - poprawił się Tusk. Mówienie po polsku sprawiało mu wyraźny problem. Ostatnio komunikował się wyłącznie po angielsku. - Wiele rzeczy mówiłem. A ty akurat to zapamiętałeś i musiałeś iść do mediów. I to w Stanach!

- Kłamałeś? - do oczu Radka napłynęły łzy. Poczuł cios. A z tej strony zupełnie się go nie spodziewał.
- A bo to pierwszy raz?! - krzyknął były premier i przerwał połączenie. Jednak po chwili namysłu znów wybrał numer Radka.

- Tak! - uradowany jak dziecko Sikorski poskoczył do góry na swoim wielkim, skórzanym fotelu. Kochał ten mebel. Zabrał go do Sejmu ze swojego gabinetu w MSZ.

- Żeby było jasne. - zaczął chłodno Tusk. - Moja wypowiedź, ta o kłamstwie - doprecyzował - nie jest autoryzowana. I zanim Radek nabrał powietrza, by coś powiedzieć Donald znów się rozłączył.


    Sikorski został sam na sam ze swoim ego. Zwykle uważał to towarzystwo za idealne, ale nie dziś. Dziś pragnął czegoś więcej.



zbieżność imion, nazwisk i wydarzeń jest przypadkowa

poniedziałek, 6 października 2014

Zagadka babci z 8 piętra rozwiązana

W sobotę zaniepokoiłem się losem mojej "sąsiadki" z bloku obok. Napisałem na Facebooku

"W bloku obok mieszka kobieta. Koło 70-tki. Nie wiem dokładnie ile ma lat, bo nie widuję jej twarzą w twarz. Jedynie w oknie. Świętek, piątek czy niedziela obserwuje rzeczywistość z perspektywy swojego 8 piętra. Ze względu na charakterystyczną pozę, którą przebiera nazwałem ją "parapetówka". Zauważyłem, że szczególnie interesuje ją co dzieje się w mieszkaniach innych ludzi. Także w moim. Latem, gdy miałem otwarte okno, wpatrywała się w nie godzinami. Była wyraźnie niepocieszona, gdy się zorientowałem, że bezczelnie filuje i zaciągałem rolety. Od dwóch jej nie ma! Okno otwarte, a jej nie ma!

Zamieściłem też fotografię. 




Jedni pisali, że może ją ktoś ustrzelił, inni sugerowali, że powinienem się cieszyć, że wścibską babę szlag trafił, ale jeden komentarz - że może zasłabła, a ja nic nie zrobiłem tylko siedzę na tyłku - mnie zawstydził. W związku z tym, że okno pozostawało otwarte poszedłem tam. Zlokalizowałem piętro, drzwi i z duszą na ramieniu zapukałem. Drzwi otworzyły się dość szybko. Otworzyła ... babcia, którą widywałem w oknie! Ulżyło mi. Mówię więc, że się zaniepokoiłem, bo okno otwarte, a już dość zimno, a pani jakoś nie było widać. "To już w oknie człowiek nie może siedzieć?!" - usłyszałem, ton był daleki od przyjaznego. "Oczywiście, że można" - próbowałem łagodzić sytuację- "tylko myślałem, że może coś się stało. Tak nagle pani z tego okna zniknęła." Na nic się zdały moje próby tłumaczenia po co przyszedłem. "Będę wyglądała kiedy będę chciała i proszę nie zaglądać mi w okna!" - powiedziała pani. "Nie zaglądam, pani mieszka wyżej. Nie jestem w stanie pani zajrzeć do mieszkania.Tylko się przyzwyczaiłem, że pani jest w oknie. I jak pani nie było, a okno było otwarte... " - niepotrzebnie wdałem się w dyskusję, którą przerwało trzaśnięcie mi drzwiami przed nosem. I co? I wyszedłem na ciekawskiego, którego interesuje co staruszki robią w domu. 
Dziwnie mi.

sobota, 4 października 2014

Super stypa w TVP2



 foto. TVP



Smutek, żal i stypa. tak najkrócej można opisać to, co działo się wczoraj wieczorem na antenie TVP2. Mowa o programie "Super Starcie". Wedle założenia znani (lub ciut mniej znani) mają się zmagać z różnymi stylami muzycznymi. No i się zmagają. Gwiazdy  (głównie) nieco już przykurzone walczyły wczoraj w rokiem. Śpiewała Reni Jusis, śpiewał Mietek Szcześniak, drugi Karpiel-Bułecka, Rafał Brzozowski, Natasza Urbańska (tym razem nie rolowała blanta, chociaż nie wiemy co działo się za kulisami). Całość prowadził Antoni Królikowski i Marika, która jeszcze miesiąc temu rezygnowała z "The Voice", by zająć się swoją muzyką. Zajmowała się jak widać całe 4 tygodnie! Warto wspomnieć jurorów. Był Wojciech Mann, była jakiś pan, którego nazwiska nie pomnę i - gościnnie - Kasia Nosowska. Z uwagą patrzyłem szczególnie na tę ostatnią. Miałem wrażenie, że chciało się jej zaśpiewać "i co ja robię tu, uuu". Wyglądała jakby miała ochotę zwrócić przyjęte za udział w "show" honorarium, uciec do domu i jak najszybciej wyprzeć ten epizod ze swojej pamięci.  Ten program to najnudniejszy program rozrywkowy w historii telewizji. Zero pomysłu na produkcję, wszystko siermiężne jak za komuny, ani krztyny dramaturgii, bez polotu.  Cięcia budżetowe wychodzą z każdego kąta. W studiu jest ciemno i ciasno jak w trumnie, jurorzy siedzą jak za karę na jakiejś zastawce i nawet udawać im się nie chce, że jest fajnie. Wszyscy - także uczestnicy - wyglądali jakby wpadli zarobić parę złotych. A dodatkowo prowadzący zachowują się tak, jakby nie wiedzieli co się za chwilę stanie. Dobra mina do złej gry tym razem nie wystarczyła. BOLI! Bolą oczy, bolą uszy, boli poczucie estetyki. I to bardzo. Wizyta ABBY w Studio 2 30 lat temu była atrakcyjniejsza.

Załóżmy, że TVP to średniej klasy auto. Jedzie, jedzie, jedzie. Co chwila coś tam wkładają, wymieniają. Nikt nie kontroluje co. Ważne, żeby zrobić cokolwiek. Samochód zwalnia - wraz ze spadającą oglądalnością wszystkich kanałów TVP - ale jedzie dalej. W pewnej chwili ktoś wpada na pomysł, by do średniej klasy auta wstawić nowe siedzenie. Z przodu. Bo piątkowy wieczór to ewidentnie przód os strony kierowcy. I kupuje ktoś ten fotel. Podobno fajny. I nagle się okazuje,że fotel może i był fajny, ale na zdjęciu w necie. Bo jak już przyszedł to okazało się, że jest mocno zużyty i nikt nie umie go zamontować. I tak jedzie ten samochód z niestabilnym fotelem po stronie pasażera. Może dobrze, że puszczają to w tym samym czasie co Polsat "Taniec z gwiazdami". Mniej widzów to też mniejszy obciach. Ale cóż... z pewnością ktoś na tej chale zarobił.

poniedziałek, 22 września 2014

Ciechan? Nie, dziękuję.

Marek Jakubiak, właściciel browaru Ciechan/ fot. materiały prasowe

Był czerwiec, może lipiec 2011. Przygotowywaliśmy się do wydania "Geja w wielkim mieście", spotkałem się wtedy z Olgą Gorczycą-Popławską, redaktorką moich książek. Coś tam jedliśmy, chyba pierogi lub placki ziemniaczane i piliśmy Ciechana. Dziś odbiło mi się tymże Ciechanem na wieść o zatrważających wypowiedziach pana Marka Jakubiaka, właściciela browaru produkującego to piwo. „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi, będziesz miał co ssać!” – napisał na Facebooku właściciel browaru Ciechan,  Adresatem tych wynurzeń był bokser  Dariusz Michalczewski, który wspiera środowiska homoseksualne. Tego, że z Ciechana raz na zawsze rezygnuję chyba nie muszę pisać. Chciałbym za to napisać czego mógłbym życzyć panu Jakubiakowi, znanemu - poza piwną działalnością - ze wspierania Ruchu Narodowego byłego posła i znanego homofoba Artura Zawiszy. Drogi pani, nie wnikam w pańskie upodobania seksualne. Każdy ssie co lubi, ale dziwi mnie, że przedsiębiorcą z głową na karku wypowiada się na tematy obyczajowe i utrwala w społeczeństwie mit, że geje w Polsce chcą adoptować dzieci. Otóż powtarzam: Nie chcą i nigdy nie było w Polsce takich planów. Choć patrząc na dzieci mające mamę i tatę - mężczyznę i kobietę - które tuż po narodzinach skończyły w beczkach po kapuście lub w zamrażarce widać, że nie płeć rodziców decyduje o losie i szczęściu dziecka. Jednak nie o tym chciałem. Czy pan wie ile pan na tych strasznych, podłych i obrzydliwych pedałach zarobił? Czy pan wie ilu moich znajomych gejów wybierając piwo wybierało Ciechana? Czy pan wie, że oni wszyscy - i ich przyjaciele z Michalczewskim na czele - już Ciechana nie wybiorą? Czy już pan policzył ile pan na tym straci? Opłacało się gadać głupoty? Ja panu nie życzę mamusi z fujarką zamiast piersi. Życzę zdrowia i dobrych speców od PR-u. Bo taki smród ciężko będzie wywietrzyć. Bo my - geje - to diabelnie pamiętliwe bestie. A nasze lobby jest niezwykle rozległe i wpływowe.

wtorek, 16 września 2014

Lubię stan po słowie "Koniec"

Pomysł na nową książkę urodził się, gdy kończyłem pisać "Chyba strzelę focha!". Zainspirowało mnie jedno zdanie w czytanej wtedy książce. Wtedy też powstał pierwszy szkic historii - z zakończeniem włącznie - i sylwetki piątki najważniejszych bohaterów. A potem była promocja "Focha" i zawirowania w życiu osobistym. Nie chciało mi się pisać. Nie miałem mocy. A gdy już ja znalazłem w okolicy listopada to znów się pochrzaniło i po napisaniu 20 stron przestałem. Wydawało mi się nawet, że nie dam rady tego skończyć. Otwierałem plik i pisałem po 4 linijki dziennie. Ciężko było złapać rytm. Do później wiosny miałem wrażenie, że tekstu raczej ubywa niż przybywa. O tym, że piszę książkę przypominały kartki z planem wydarzeń, zależnościami, powiązaniami, faktami i datami, od których w nowej książce aż się roi. 1954, 1981, 1985, 1989, 2004, 2010 czy wreszcie 2015 :) Tak, w 2015 roku też dzieje się ta książka! 




I chociaż napisałem słówko "koniec" to tak naprawdę to jeszcze nie koniec :) Jest to koniec pracy - a z zasadzie codziennej orki - nad fabułą. Zasadniczą częścią powieści. Gdy już wiadomo co, kto, po co, dlaczego, jak długo. Wiadomo też, że już niewiele się zmieni. To uprawnia do otworzenia szampana :) Kolejny dzień po słowie "koniec" jest dziwny. Włącza się komputer, ale nie trzeba już pisać! To dziwne, zwłaszcza, że przez pół roku wciąż się pisało:) To także czas, gdy gotowy - chociaż jeszcze nie zredagowany tekst - wysyła się do kilku zaufanych osób i w mailu z plikiem pisze się "czytaj na krytycznie". Niedługo potem zaczynają spływać pierwsze opinie. Już spływają!  A biedny autor sam musi zmierzyć się ze swoim nowym dziełem! A to bardzo trudne. Bo niby człowiek jest dumny, że wymyślił i przeprowadził tę intrygę, ale trzeba spojrzeć na te zapisane strony krytycznie. Czy wszystko jest zrozumiałe, czy jedno wynika z drugiego, czy to wszystko miało szansę się zdarzyć i wreszcie czy to wszystko naprawdę trzyma się kupy. Jestem właśnie na tym właśnie etapie :) Nie jest źle :) Ta druga część pracy, którą trzeba wykonać przed premierą jest dla autora już lżejsza. Czego nie można powiedzieć o redaktorze, albo - jak u mnie - redaktorce Olce, która będzie się znęcać nad moim dzieciątkiem, a gdy już skończy dziecko będzie o wiele ładniejsze niż wcześniej :)Będą też rozmowy o okładce, o tym co lub kogo na niej pokazać, co napisać, jak poprowadzić promocję, by książka trafiła do jak największej liczby odbiorców. Lubię ten czas.Na większe nerwy pora przyjdzie w przyszłym roku. Czy się spodoba? Czy Czytelnicy zaakceptują nową historię? Czy nie przestrzeliłem? Czy ich porwie? Chciałoby się :)

Moja nowa książka ma póki co tylko roboczy, chociaż całkiem fajny, tytuł. Z pewnością do gwiazdki ustalimy z Wydawcą jak ostatecznie będzie nazywać się moja nowa książka. I wtedy właśnie na pewno się tym z Wami podzielę. Fajnie, że jesteście i fajnie, że jest Was coraz więcej :) Dzięki.

wtorek, 2 września 2014

Wqrwia mnie już ta cała Rafalala


Pewnie parę osób przestanie mnie lubić po tym, co dziś napiszę. Kilka innych uzna mnie za zwolennika PiS-u i wyklnie, ale trudno. Zaryzykuję. Będzie o Rafalali, która uważana jest za osobę walczącą o prawa mniejszości. Jako członek mniejszości homoseksualnej mówię głośno i dużymi literami: Rafalalo, nie życzę sobie żebyś walczyła o cokolwiek dla mnie. Nasze pojmowanie wolności, tolerancji, wyrażania siebie, praw mniejszości i poczucie dobrego smaku jest tak bardzo różne, że nie mogę powiedzieć, że mnie gdziekolwiek reprezentujesz. I wcale nie chodzi mi o to, że nosisz się taj, jak się nosisz. Twoja sprawa, Twój wybór. Jeśli Ci wygodnie tak jak jest to powodzenia. Nie chodzi nawet o łomot jaki spuściłaś temu kolesiowi na ulicy. Należało się. Nie chodzi nawet o Zawiszę w Polsacie. Ja bym pokazał mu szkołę inaczej, ale każdy walczy jak umie. Chodzi o to wszystko, co działo się potem i dzieje teraz. Grzebanie w ziemi rzeczy kotka i polewanie się wodą było żenujące i na granicy mojej percepcji. Jakoś przeszło. Ale apel do ludzi, żeby nie oglądali twojego porno bo trzymasz tam w ustach... penisa to jest jakieś przegięcie!!! Co mnie i co ludzi obchodzi co trzymałaś w ustach i gdzie indziej? I nie chodzi o to, że cięgi są o tych, którzy także to robią. Robią, ale nie mówią o tym całemu światu. bo po co? Co to świat obchodzi? Jest pewna granica intymności, prywatności, poczucia obciachu i tym idiotycznym filmikiem została przekroczona. Oboje wiemy, że amatorskie filmy z Twoim udziałem były w sieci zanim wybuchła afera z Zawiszą. Chcąc zatrzymać je dla siebie trzeba było ich nie publikować. A jeśli wykradł je pracownik serwisu to pozwij serwis do sądu, wygrasz kupę kasy. Działasz na szkodę mniejszości. Ludzie patrzą,czytają, słuchają tego co mówisz i myślą sobie TAK WYGLĄDA I TAK ZACHOWUJE SIĘ GEJ. A gej tak nie wygląda.  I nie robi z siebie idioty na oczach całego kraju. Pozostaje nadzieja, że te wszystkie dziwne i naprawdę niestandardowe (delikatnie mówiąc) wśród gejów zachowania przynoszą Ci jakieś korzyści, bo jeśli robisz to dla hecy to strasznie mi przykro. A ten (psia kość) apel o nie oglądanie filmu jest w  rzeczywistości apelem o oglądanie go. Te wszystkie działania do żadne zwracanie uwagi na problemy osób homoseksualnych, transseksualnych i transwestytów. To jest ordynarna próba przedłużenia danych w przez media 5 sekund i ugrania na tym czegoś tylko dla siebie. Jakiś chory sposób na wylansowanie się, bez świadomości, że będzie jałowe, krótkotrwałe i komiczne z złym tego słowa znaczeniu. Co chce ugrać Rafalala? Nie mam pojęcia. Pozostaje to w sferze domysłów.

Właśnie dzięki takim występom Polacy będą nadal narodem, który nienawidzi gejów. Możemy latami wkładać ludziom głowy, że gej to zwykły facet, a lesbijka to naprawdę normalna kobieta, a jeden filmik z wynurzeniami Rafalali niweczy wszystko. Gdyby Legierski, Bierdoń czy Grodzka działali tak jak działają, to nigdy nie byliby tam gdzie są. To brutalne, ale w walce o równość niezbędny jest też PR, zaprzyjaźnianie się ze społeczeństwem, a nie gorszenie go każdą jedną niemądrą wypowiedzią. Robisz z siebie pośmiewisko. I naprawdę nie Twoje działania można określić jako dywersja. A wspomniany już wcześniej PiS właśnie Tobą będzie straszył społeczeństwo przed wyborami. I jest spora szansa, że mu się to uda. 

poniedziałek, 1 września 2014

Artur Dworowski - osoba publiczna. Zna ktoś tę "osboę publiczną"?



TVN chyba zapragnął mieć swojego własnego Trybsona. W startującym właśnie show "Kto poślubi mojego syna?" występował będzie kawaler Artur Dworowski wraz z mamą. Nie wiadomo jak mam, ale Artur już ma oficjalny fanpage na FB i uważa się za ... osobę publiczną. Bo tak sam się nazywa (dowód powyżej). Tę publiczną osobę lubi już 170 (z pewnością będzie więcej), a ja zachodzę w głowę jak to niewiele trzeba z życiu uczynić i jaki trzeba mieć tupet, by samemu określić się tym zacnym mianem. Szukam też określenia na nowo wybranego szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska, a także Krystynę Jandę, Janusza Gajosa, mistrzynię świata w rzucie młotem Anitę Włodarczyk i kilka innych osób, które dotychczas uważałem za publiczne. Przy publicznym Dworowskim są to zatem osoby przepupliczne  lub arcypubliczne. Idąc tym tropem każdy n nas może być postacią publiczną, a przynajmniej każdy, kto chociaż raz był w telewizji! Ja byłem :-)!!!! Taki wniosek wyciągnąłem z jedno z wpisów Artura Dworowskiego, który kiedyś wystąpił w jednym z odcinków programu TVN "Kocham, Enter" (link do odcinka z boską grą Artura do wglądu na fanpejdżu osoby publicznej). Są także fotografie ukazuje detale tatuażów osoby publicznej, a także jego muskulaturę. No przecież wszystko dla fanów! Są oczywiście zajawki programu, które naprawdę napawają mnie nie niepokojem. Wynika z nich, że grupa (chyba niezbyt) rezolutnych dziewcząt będzie rywalizować o względy mamy kawalera (w tym mamy osoby publicznej). A mamy będą zachowywać się tak, jakby szukały dla męża służki, nie żony. Nie wiem ile do powiedzenia będzie miał w tym wszystkim kawaler. Pewnie będzie można to zobaczyć. Pewne jest też to, że stacja wylansuje panów i panie na swoje najnowsze gwiazdy i będzie wmawiać nastoletniej, a także starszej publiczności, że aby w życiu coś osiągnąć nie należy robić nić poza bluzganiem i rozbieraniem się przed kamerami. Osobą publiczną jest jest jeszcze przed emisją pierwszego odcinka z tymi występami.

 A ja nadal mam nadzieję, że to wszystko jest ustawione, że to aktorzy, którzy dostali spore gaże za robienie z siebie idiotów i że mówią tekstami, które napisali im sprytni scenarzyści.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Kuba Wojewódzki podobno jest gejem i jest na niego zlecenie!








Redaktor Sławek (red. nacz. "Super Expressu") postanowił zdemaskować mnie jako zatwardziałego geja w konspiracji - Obiecał sowite honorarium każdemu, kto zrobi mi zdjęcie w objęciach mężczyzny. - miał powiedzieć Kuba Wojewódzki, który podobno gra w naszej gejowskiej drużynie. Prawdę mówiąc to mam to w nosie i naprawdę guzik mnie obchodzi z kim sypia Kuba, ważne żeby budził się wypoczęty i zaspokojony na wszelkich możliwych polach. Ale skoro "Super Express" oferują jakąś ekstra kaskę za fotkę Kuby w męskich obięciach to mam dla Kuby Wojewódzkiego propozycję. Jestem w nieustającej potrzebie finansowej, a skoro obiecują tak dobrze zapłacić to może zróbmy sobie razem to demaskujące Pana foto? Ustawię się jak trzeba i gdzie trzeba. Obejmiemy się jakoś, cykniemy fotkę, zaspokoimy Superaka i zażądany wypłaty. No skoro obiecał... Mogę się nawet tą kasą z Panem podzielić, ale raczej nie pół na pół. Bo, jak już pisałem, jestem w potrzebie. Tylko jeszcze musimy ustalić i zażądać za to zdjęcie od "Super Expressu". Przecież za darmo nie będziemy się obejmować. Prawda? Proponuję wyjść od 200 tysięcy za zdjęcie. Może zrobić także serie zdjęć. Powiedzmy dziesięć? Ale wtedy poniżej 500 tysięcy nie schodzimy. Oczywiście bez całowania, skoro miały być objęcia to będą objęcia. Czas i miejsce ustawki dedykowanej "Super Expressowi" może ustalić telefonicznie lub mailowo. Żeby nie angażować nikogo z zewnątrz proponuję wykorzystać samowyzwalacz. Wykonane zdjęcia obejrzymy wspólnie i razem zdecydujemy, które wysłać redaktorowi Sławkowi. 

Chciałbym nadmienić, że z mojej czystej jak łza propozycji płyną same pozytywy. Redaktor będzie uszczęśliwiony i odwoła zlecenie na Pan, a tym samym Pan będzie miał już spokój i będzie się mógł obejmować z kim zechce. A ja parę groszy przytulę. Co Pan na to Panie Jakubie? Mój mail mikolaj.milcke@gmail.com

A tak poważnie mówiąc to cały ten "Super Express" chyba pogięło. Uważajcie, żeby Wam nikt żadnych zdjęć z ukrycia nie zrobił.

środa, 20 sierpnia 2014

Czy w czasie wojny będzie trzeba spłacać kredyty hipoteczne?





Dziś od rana zajmuję się swoimi finansami. Różne rzeczy sobie posprawdzałem, pozmieniałem, odkręciłem i gdy już miałem się wylogować z konta dobiegła mnie interesująca myśl. Czy w przypadku wybuchu ewentualnej wojny trzeba będzie spłacać kredyty hipoteczne? Szczególnie te walutowe, ale te w złotówkach też. Wyobraźmy sobie, że wybucha wojna. Na początek taka tradycyjna. Na terenie Polski toczą się działania, kraj cierpi. Staje produkcja, ustają możliwości zarobkowe społeczeństwa. I czy chcą czy nie to nie mają z czego płacić rat. Co na to banki, której najpewniej jakoś przetrwają i gdy ludzie nie będą płacić zobowiązań będą ponosić straty. Wyobrażacie sobie, że w czasie wojny banki przejmują nieruchomości dłużników? Co w przypadku, gdy nieruchomości w wyniku np. bombardowań przestają istnieć? Załóżmy, że NATO jest na wakacjach i zanim wróci część kupionych na kredyt domów czy mieszkań przestaje istnieć? Widzimy co dzieje się na Ukrainie. Domu cywilnej ludności także są niszczone. Do fundamentów. Czy wtedy działają ubezpieczenia kredytów? Czy bankowcy tworząc umowy kredytowe przewidzieli coś takiego jak wojna? A teraz druga opcja. Wojna ekonomiczna. Kursy walut szaleją. Nie trudno sobie to wyobrazić, bo gospodarki poszczególnych krajów to dziś naczynia połączone i nawet bez wojny w Polsce kurs Franka Szwajcarskiego jest bardzo niestabilny. Skacze jak chce. I nie muszę chyba dodawać, że są to skoki niekorzystne dla kredytobiorców. Aż strach pomyśleć ile będzie kosztował Frank jeśli sytuacja jeszcze bardziej się zaogni. Pewnego dnia obudzimy się i zobaczymy, że nie kosztuje już 3,44 (a to i tak bardzo dużo), tylko 5,15! Czy biorąc kredyt w walucie powinienem, w ramach świadomości ryzyka walutowego, wziąć pod uwagę ewentualność wybuchu wojny? Tradycyjnej lub ekonomicznej?

Czy w takim przypadku jakoś zareagowało by Państwo? Czy jest możliwość wstrzymanie spłaty kredytów bankowych za pomocą jakiegoś dekretu? Decyzji? Ustawy? Czy ktoś coś o tym wie?

wtorek, 12 sierpnia 2014

Czy tęcza to naprawdę największy problem Polski?





 foto tvn24.pl

Panie Jarosławie Gowinie! Słuchałem Pana ostatnio w TOK FM. Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek skojarzy mi się z Andrzejem Lepperem, a jednak to nastąpiło. W kategorii "populizm" jest Pan równie dobry, a może i lepszy. Jest spora szansa, że koalicja, której jest Pan częścią przejmie w Polsce władzę. Jeśli dla Pana, jako polityka aspirującego do władzy, najbardziej palącym problemem w Polsce jest tęcza na pl. Zbawiciela w Warszawie to jest Pan dupa nie polityk! Bezrobocie szybuje, młodzi pakują się i jadą w świat, system emerytalny się sypie, rolnicy tracą na rosyjskim embargu, a dla Pana tęcza to największy problem, który trzeba rozwiązać jako pierwszy po wyborach! Nie wiem jak w Krakowie, ale w Warszawie i paru innych miejscach, w których żyją bliscy mi ludzie i moi Czytelnicy tęcza to pryszcz w porównaniu z tym, z czym muszą zmagać się na co dzień. Lecą z pracy do pracy, by zapewnić swoim dzieciom byt; uczą się, podnoszą kwalifikacja z nadzieją, że ktoś top doceni i bez znajomości będą mogli awansować i zarobić trochę więcej. I to nie na czarno lub na świecówce. Marzą o umowach o pracę  i o tom, by ZUS jednak nie wyleciał w kosmos i żeby na starość nie musieli chodzić po jadłodajniach i śmietnikach. A dla Pana i Pana partii (oraz koalicji) najważniejsza jest tęcza i zakaz edukacji seksualnej. Najlepiej narobić sobie dzieciaków, a potem to już wolna nieba, z nią się zawsze zgodzić trzeba. Politycy w nosie mają dzieci, które już żyją,, które są głodne, bo rodzice nie mają pracy. Miłością nie na się napełnić brzuszka... sorry, taka jest fizjologia człowieka. Ludzie nie robią i nie będą robić sobie dzieci bez minimum stabilizacji, którą Wy politycy im każdego dnia odbieracie, nie będą inwestować swojej wiedzy, pomysłów, pieniędzy, w kraju, który nic nie daje zamian.. "Gospodarka głupcze!" - powiedział kiedyś Bill Clinton i nie niewątpliwie miał rację! Polscy politycy zamiast zająć się gospodarką wolą wziąć się za łby wolą prowadzić wojnę ideologiczną a to o tęczę, a to Smoleńsk, a to o życie poczęte, które jeszcze nie przeszło jeszcze na świat. To jest chora i kompletnie nielogiczna filozofia Panie pośle. Gratuluje wyczucia bolączek społeczeństwa! No chyba, że chce się pan dorzucić na składkową whisky, którą obiecała podpalaczowi tęczy pani Magdaleny Żuraw z PiS. Ostrzegam jednak, że może za to grozić spotkanie z prokuratorem. Bo tęcza to mienie publiczne.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Terapia dla gejów? Wyślę Panu "Chyba strzelę focha!"





Nie mogę przejść obojętnie obok dyrdymałów, które od kilku dni głosi Pan Mateusz Dzieduszycki, rzecznik Kurii warszawsko-praskiej. Celowo pominę słowa o tym, że my homoseksualiści żyjemy nawet 20 lat krócej niż mężczyźni heteroseksualni (naprawdę nie widzi Pan niestosowności w posługiwaniu się badaniami sprzed 30 lat?!?!?!?!?! Nawiasem mówiąc chciałbym wiedzieć co to za badania i kto je zrobił? "Amerykańscy naukowcy"?). Pominę też wyniki rzekomych badań, wedle których podczas podniecenia u homoseksualistów są aktywne te same części mózgu, co podczas przeżywania traumy. Jednego jednak pominąć nie mogę. To co to nawoływanie do leczenia homoseksualistów. Wydawało mi się, że rzecznik Kurii to człowiek światły, którego horyzonty są szerokie, że to człowiek dla którego nauka nie jest wrogiem. Myliłem się, bo Pan Dzieduszycki za nic ma sobie stanowisko Światowej Organizacji Zdrowia i naukowców zajmujących się badaniem ludzkiej seksualności. Do znudzenia będę przypominał, że wspomniana wyżej organizacja wykreśliła (i to nie wczoraj, a dobrych parędziesiąt lat temu!!!) homoseksualizm z listy chorób uznała, że orientacja homoseksualna jest równoprawna z heteroseksualną i biseksualną. Jak więc można chcieć leczyć coś co nie jest chorobą? Ja wiem, ze Kościołowi byłoby na rękę wieczne średniowiecze, stosy dla heretyków i zabobon, ale sorry... czasy się zmieniły. Panie rzeczniku, jeśli można zmienić orientację to to proszę mi to udowodnić. Niech pójdzie Pan na terapię, która zrobi z Pana geja. Jeśli się to Panu uda będę pierwszym, który zapisze się na terapię leczenia mojego homoseksualizmu. Mówi Pan w TOK FM "Byłem kiedyś na takiej sesji terapeutycznej dla osób, które chciały wyjść z homoseksualizmu". Skoro Pan był i widział tych oszukiwanych ludzi to powinien Pan wiedzieć jak wielka krzywda jest im tam wyrządzania, jak straszne bzdury im się wmawia, jak wykorzystuję się ich wiarę w Bogu, która podobno ma im pomóc w wygraniu walki, która niestety nie jest do wygrania. Pisząc "niestety" nie mam na myśli tego, ze homoseksualizm mi przeszkadza. Chodzi mi o to, że niestety żeruje się na ich wewnętrznym rozbiciu i wmawia się im, że to jak żyją zasługuje na potępienie. A nie jest to prawda. Mówi Pan, że mi (jako gejowi) Pan współczuje. W nosie mam Pan współczucie. Ja współczuję tym wszystkim, którym Pan mąci w głowie, których niemądrymi słowami doprowadza Pan do rozchwiania emocjonalne. A zapewniam, ze i tak nie jest im łatwo. Ja też widziałem ludzi, którzy próbowali się leczyć z homoseksualizmu. Widziałem jak bardzo - dopingowani przez Panu podobnych - tego pragnęli, jak bardzo się starali, jak strasznie chcieli spełnić oczekiwania otoczenia. Widziałem ich też w momencie, gdy (słusznie) dochodzili do wniosku, że "to się nie da". Widziałem jak się załamywali, widziałem jak tracili wiarę w Boga, w którego Pan również podobno wierzy. Widziałem jak wiele czasu musiało upłynąć zanim z wraków ludźmi, którymi stali się na "terapii" stali się znów silnymi częściami społeczeństwa. 

Jutro wyślę Panu swoją książkę "Chyba strzelę focha!", w której opisuję terapię, do której Pan nawołuje i jej następstwa. Zaznaczę odpowiednie fragmenty, żeby nie gorszyć Pana konserwatywnego sumienia literaturą opisującą życie gejów, którzy mamy nadzieję dożyją sędziwego wieku. Bez terapii. 

A może Pan wie po co Bóg stworzył gejów skoro są tacy źli i trzeba z nimi walczyć?

niedziela, 3 sierpnia 2014

Pracownik kontra szef. Lemański kontra Hoser.



foto: interia.pl



        Biskupi "muszą wymrzeć", wtedy w Kościele dokonała się zmiana. A wierni powinni wychodzić z mszy na znak protestu. Tego dowiedzieliśmy się od ks. Lemańskiego na przystanku tegorocznym Woodstock. Pierwszy pogląd to wg. ks. Lemańskiego zdanie wypowiedziane przez jego profesora w seminarium. Drugie dotyczyło agitacji politycznej w Kościołach. Ale czy gdyby ksiądz z tym pierwszym się nie zgadzał, to by je przywołał? "Jeśli potwierdzą się (...) skandalizujące wypowiedzi, które wedle doniesień prasowych miały tam paść, to postępowanie takie – niegodne kapłana Kościoła Katolickiego – spotka się ze zdecydowaną reakcją i konsekwencjami. Przed podjęciem decyzji sprawa ta zostanie najpierw wyjaśniona i zweryfikowana." - pisze w oświadczeniu Kuria Warszawsko-Praska. Jej rzecznik dodaje, że możliwe jest wydalenie słynnego księdza ze stanu kapłańskiego. I zaczyna się dyskusja. Jedni przypominają (już) pana Wesołowskiego, który na Dominikanie gwałcił dzieci i papież ostatnio wydali go ze stanu duchownego. Inni poznańskiego abpa. Petza, który przez miał molestować kleryków. Wielu zestawia te sytuacje ze sobą i słownie linczuje bp. Henryka Hosera, przełożonego ks. Lemańskiego. Ja proponuję spojrzeć na sprawę z zupełnie innej perspektywy. Na początek potraktujmy Kościół jak przedsiębiorstwo, które daje pracę księżom. Jest tam jakiś kodeks pracy i regulamin, do którego wszyscy tam zatrudniani muszą się bezwzględnie stosować. Mają zresztą czas (i to sporo czasu w seminarium) na przemyślenie czy faktycznie gotowi są na sztywną hierarchiczną strukturę i (w jakimś stopniu) wyrzeczenie się prywatnych opinii. Nikogo na siłę się nie wyświęca. Firma ma około 2 tysięcy lat tradycji i przez ten czas hulała całkiem nieźle (choć to istoty, przesłania, a także sposobu działania każdy może mieć swoje, także krytyczne, zadanie). Pewnego dnia, pewien niepokorny pracownik zaczyna stwarzać problemy. Media tygodniami żyją jego konfliktem z przełożonym. Poczynania podwładnego trafiają nawet do szefa wszystkich szefów (uważanego powszechnie za świetnego gościa, którego niepokorny podwładny nawet może troszkę przypomina), który jednak  nie przyznaje mu racji. Pracownik nie zostaje jednak wyrzucony z pracy. Zostaje przeniesiony na mniej eksponowane stanowisko. Wydaje się to kończyć sprawę aż tu nagle na spotkaniu z młodzieżą podwładny mówi, że wszystko się zmieni na lepsze, gdy jego szef i jemu podobni w różnych zakątkach Polski wymrą. Mówi też, że ludzie powinni wychodzić z miejsc, w których dana firma świadczy usługi. Dla mnie jest równoznaczne z podkopywaniem autorytetu danej firmy. I co na miejscu tegoż szefa robicie? Udajecie, że się nic nie stało czy zwalniacie dyscyplinarnie? Załóżmy, że szef nie reaguje. Więcej niż pewne jest to, że za rok połowa jego oddziałów lokalnych będzie pracowała według własnego widzimisię. A to najlepsza droga do rozsypania się firmy w drobiazgi. Konkretnie przykłady? Gdyby na antenie Radia XZY prowadzący program powiedział, że Radio to kłamie, że należy je wyłączać na znak protestu i że poprawi się wówczas, gdy redaktor naczelny umrze. Tak samo w telewizji. Prowadzący audycję udziela wywiadu, w którym krytykuje pracodawce i linię redakcji. Co waszym zdaniem zrobiłby pracodawca?

      Spójrzmy też na tę sytuację oczami pracownika, który głosi te kontrowersyjne tezy. Co robicie, gdy sytuacja w firmie wam się nie podoba, ale nie macie nic innego na oku? Paplacie językiem czy siedzicie cicho? Pracownik, któremu firma obrzydła na tyle, że czeka na śmierć przełożonych powinien się z moim przekonaniu zwolnić i albo zatrudnić się u konkurencji, albo otworzyć własny interes jak zrobili to np. Marcin Luter czy angielski król Henryk VIII.

   Powtarzam. Nie oceniam ani ks. Lemańskiego, ani bp. Hosera. Po prostu pokazuję tę sytuację z komercyjnej perspektywy.

piątek, 1 sierpnia 2014

Znalezione w TK Maxx cz. 3

A dziś w TK Maxx znaleźliśmy różowe kupki artystyczne z zawijasem! Wykonane z twardego plastiku, wysokie na jakieś 20 cm. Cena: 50 zł. Zastosowanie? Jako element wyposażenia urządzonego na różowo mieszkania. Można postawić na szafce, półce, toaletce, komodzie, a także na każdej innej powierzchni płaskiej. Przydatność? Nie znajduję zastosowania. Estetyka mocno wątpliwa.



czwartek, 17 lipca 2014

Grindr i jego użytkownicy oczami heteroseksualnych kobiet i mężczyzn.


 foto: materiały promocyjne Grindr

Słoneczne popołudnie na warszawskiej Woli. Siedzimy we troje. Ja, moja przyjaciółka i jej chłopak. Nagle rozmowa schodzi na randki przez internet. Ona mówi, że czytała o aplikacji, za pomocą której można zlokalizować w najbliższej okolicy osoby szukające kogoś na randkę, do związku lub tez do łóżka. I zaczyna się rozkręcać, jakby na temacie zjadła zęby. Na co ja wyciągam z kieszeni telefon i odpalam Grindra - taką samą aplikację, tylko dla gejów. Wytłumaczenie obsługi zajmuje mi nie dłużej niż 3 minuty. Telefon przechwytuje zatem ona i zaczyna łowy. "Zobacz, to zdjęcie zrobione jest w naszej windzie!" - krzyczy podekscytowana wskazując na użytkownika, który (wg. Grindra) jest 27 metrów od nas - czyli przypuszczalnie w tym samym bloku, ale tylko przypuszczalnie, bo Grindr lubi kłamać. Przywołuję sytuację, gdy jechałem tramwajem, siedział przede mną facet, którego miałem też na Grindrze, a system twierdził, że jest 207 metrów ode mnie. Nie zraziło to jednak mojej przyjaciółki. Zaczęła nawiązywać znajomości i obiecała sobie, że zaraz mi tu kogoś znajdzie. "No przecież tylu ich tu jest!" - podkreśliła.. W związku z tym, że miałem kompletnie nie zachęcające zdjęcie (a konkretnie kwiatek na torach tramwajowych) nikt jej nie odpowiadał. Nie bez związku z tym zajściem był też już dawno skończyłem 30 lat, a jak wiadomo po 30 to już emeryci. Na prawdziwym - moim - profilu walczyła około 40 minut. W tym czasie ktoś tam nawet jednak odpisał. Trwał mecz, więc ja i jej chłopak byliśmy skupienie na wydarzeniach na boisku, a ona na Grindrze. Widziałem jak z wypiekami na twarzy dwoi się i troi, by dotrzymać przyrzeczenia. Wreszcie nie wytrzymała! "Oni wszyscy chcą foto! i pytają mnie o opis. Opisuję cię (czyli mnie) i próbuję rozwinąć rozmowy na inne tematy, a oni nie odpisują. I paru chce jakieś cyfry." Kompletnie zażenowany wyjaśniłem czym są cyfry oraz to, że rozmowa na inne tematy raczej nie wchodzi tu w rachubę, ale nie jest też tak, że jest kompletnie nierealna. No i oczywiście zdjęcie jest koniecznie, bo tu nawet "znajomi" muszą być "w typie" :) "Przecież ze znajomymi nie chodzi się do łóżka!" - ripostowała ona. Wstyd mi było powiedzieć, że na Grindr "znajomy" znaczy zupełnie co innego. Powiedziałem zatem półsłówkiem. Po chwili przyszło kolejne pytanie, którego się spodziewałem. Co to znaczy "a czy p"? Wyjaśniłem. Jakież było, szczególnie JEGO, zaskoczenie czy dodałem, że jest tzw. opcja uni. I w tym momencie mecz Brazylia-Holandia się skończył, do akcji wkroczył on. Przejął telefon i posypały się pytania: czemu oni pokazują stopy i skarpety (odpowiedziałem: "widocznie lubią" - nie byłem w stanie wdać się w szczegółowe objaśnienie), "ten portal pod przykrywką profili reklamuje jakieś siłownie?" - 70% aktywnych wówczas użytkowników miało zdjęcia z siłowni. Wyjaśniłem, że bycie fit - jest w moim świecie głównym argumentem przemawiającym za zadzierzgnięciem tzw. "znajomości". "To wy chodzicie na siłownię sobie zdjęcia robić?" - na to pytanie nie umiałem odpowiedzieć. "Same klaty, ja pierdolę" - skwitował on. "Ciekawe jak długo ten pracował na fotką, żeby była taka jaka jest? Myślicie, że specjalnie układał hantle, żeby były ładnie ułożone?" - z każdym kolejnym profilem mnożyły się pytania. "I wszyscy wygoleni. Ani pół włoska na tych klatach."- spostrzegł on. "Może geje lubią bardzo młodych, którym włosy nigdzie nie zdążyły wyrosnąć. Lubicie?" - krzyknęła z balkonu ona. "Nie, no brody mają. Ciała pełna na gładź, a na ryju busz!" - skomentował on. Nagle odłożył mój telefon i wziął telefon jej. "Jak to się nazywa? Gdzie tego szukać?" - zapytał i błyskawicznie ściągnął Grindra na jej IPhona. Nie minęła sekunda, a już był bez koszulki (a jest co oglądać) i wspólnie pracowali nad jego fotografią na Grindra. Zasugerowałem zdjęcie łazienkowe, to dość modne w zestawieniu z IPhonem. Tak zrobili. Komisyjnie wybraliśmy to jedno najlepsze. I się zaczęło! Znali już mniej więcej zasady, którymi rządzi się Grindr oraz słownictwo tam obowiązujące. W zanadrzu mieli też kilka innych zdjęć (chociaż bez twarzy). Worek z propozycjami się rozwiązał. "Oni wszyscy chcą się jebać! Zaraz, teraz, gdziekolwiek! Nic o mnie nie wiedzą, a chcą. Nie wiedzą jak wyglądam (fota klaty wystarczyła), jak mam na imię, ani czy ie mam HIV-a. Chcą się po prostu jebać" - podsumował on. W tym też momencie przyszła propozycja dołączania do grupy, a uszami jego poszła para! Dotychczas wydawało mu się, że jest dość bezpruderyjny. "Ale pustaki" - dorzuciła ona. Ani jedna z trwających ponad godzinę prób nawiązania kontaktu innego niż seksualny się nie udała. "Czyli ja mam foto bez klaty, to nikt się nie odzywa, a jak mam foto z klatą to chcą się jebać? Przecież to zamknięte koło!"- zauważył (dość słusznie). Zauważył też, że przez godzinę używania Grindra prawie całkowicie wyładował się im telefon. "Strata czasu i baterii" - oświadczył i odinstalował Grindra. Zarówno z jej, jak i z mojego telefonu.

wtorek, 15 lipca 2014

Znalezione w TK Maxx cz. 2



A dziś w TK Maxx będziemy się zbroić! Wszystko za sprawą lśniących, rycerskich nakryć głowy, które rozprowadza mój ulubiony sklep pełen produktów, których używanie, ale też oglądanie może sprawić wiele radości. Hełmy, bo o nich mowa, mają naturalne rozmiary i pasują na każdą dorosłą głowę. Na moją są nawet ciut za duże. Dostępne w kilku wersjach. Mogą chronić tylko głowę, są takie które mają zasłaniać nos i mają otwory na oczy. Mój ulubiony, którego jednak nie odważyłem się włożyć, to taki, który chroni wszystko. to ten na pierwszy planie na dolnym zdjęciu. W sam raz dla fanów bitwy pod Grunwaldem, a także dla tych, którzy chociaż przez chwilę chcieliby poczuć się jak człowiek w żelaznej masce. Zastanawiając się nad praktycznym zastosowaniem tych przedmiotów do głowy przyszły mi dwa: 

1) scenografia taniego filmu o rycerzach 
2) akcesoria dla fetyszystów lubiących rycerskie klimat.

Z niecierpliwością czekam na dalsze elementy zbroi. Może wtedy zdecyduję się na kupno całości, a następnie ustawie sobie rycerza w przedpokoju. Mogliby dawać w zestawie także białego konia!

piątek, 11 lipca 2014

Korwin uderzył Boniego... słów brak

"Przemoc rodzi przemoc" - zwykła mawiać Superniania Dorota Zawadzka w powtarzanym właśnie programie o kłopotach rodziców w wychowywaniu dzieci. Ciekawe czy Superniania znalazłaby sposób na agresywnego dorosłego. A do tego posła do Parlamentu Europejskiego Janusza Korwin-Mikkego, który przyznał w telewizji, że na spotkaniu w MSZ spoliczkował europosła PO - Michała Boniego.  Trudno było mi uwierzyć w to, co Boni napisał na Twietterze:




Myślałem, że może Korwin jakoś przypadkiem się odwinął i stało się tak, że akurat jego ręka wylądowała w okolicy Boniego lub też na jego twarzy. Przyszło mi nawet do głowy, że Boni jest nieco nadwrażliwy. Ale gdzie tam! Korwin przyznał się do tego na antenie telewizji. Co więcej! Nic a ni nie żałuje i mówi, że gdyby tego nie zrobił to uschłaby mu ręka i byłoby to dla niego dyshonor.  Ja jebię! "Ja go nie pobiłem, nie skopałem." - mówi radosny i dumny z siebie Korwin w TVP. - "jak tylko odebrałem mu honor i oczekuję na jego sekundantów" - dodał. Warto nakreślić tło tych wydarzeń. Korwinowi chodzi o przeszłość Boniego. Wikipedia podaje: "W 2007 roku Boni wydał publiczne oświadczenie, podając, iż w 1985 funkcjonariusze SB za pomocą szantażu wymogli na nim podpisanie deklaracji współpracy  Oświadczył, że do podpisania tej deklaracji doszło po wielogodzinnej rewizji w jego domu po groźbach ujawnienia jego zdrady małżeńskiej i zamknięcia trzyletniego dziecka w milicyjnej izbie dziecka. W archiwach SB umieszczono w 1988 jego teczkę jako kandydata na tajnego współpracownika zawierającą pięć notatek na temat rozmów. W 1989 na jego teczce skreślono oznaczenie kandydata, pozostawiając tylko TW."  I właśnie za to PRL-owski opozycjonista Janusz Korwin-Mikke (ostatni raz wymieniam jego imię i nazwisko) żąda od Boniego przeprosin. Dodatkowo ten pan utrzymuje, że zrobił dobrze i właśnie tak należy robić! I że przedstawiciele partii tego pana będą tak robić na forum polskiego Sejmu (jeśli do niego w przyszłym roku wejdą).  Ponadto ten pan uważa, że to Boni robi z igły widły lecąc z tym do mediów. Jestem zatrwożony kierunkiem, w którym zmierza polskie życie publiczne. Jaki wychudzony kolo boje ludzi i uważa, że wszystko jest w porządku. Ale jeszcze bardziej zadziwia mnie to, że zapewne znajdą się za chwilę ludzie, którzy stwierdzą, że naprawdę nic nadzwyczajnego nie zaszło i że nie ma się nad czym zatrzymywać. Nie wiem co z tym panem jest nie tak? Czy ojciec go bił? Czy koledzy nie chcieli z nim grać w piłkę? Czy może był zamykany za karę piwnicy? A może był bezstresowo wychowywany? Wszystko jest możliwe. Pewne jest natomiast jedno. Facet nie jest nie normalny i powinien się leczyć. Natychmiast. A media nie powinny go pokazywać. Bo to propagowanie zachowań aspołecznych, niemoralnych i pozbawionych elementarnej kultury nie tylko politycznej, ale i osobistej. Gratuluję wszystkim, którzy na niego głosowali. Super decyzja!

czwartek, 10 lipca 2014

Znalezione w TK Maxx cz. 1

Zaczynam dziś na blogu nowy (bardzo absurdalny) cykl pt. "Znalezione w TK Maxx". Z moją przyjaciółką Karoliną uwielbiam wypuszczać się to tego właśnie sklepu. wpadamy, gdy jedziemy schodami na górę ochroniarz nadane swoim kolegom z pięterka "Uwaga ONI! Znów przyszli!". A my jak gdyby nigdy nic z premedytacją mijamy dział kobiecy, bieliznę, dział męski, walizki i ochoczo wkraczamy w świat rzeczy zupełnie nieprzydatnych i tak głupich, że nie idzie tego słowami opisać. To trzeba zobaczyć! Dziś eksponat pierwszy. Filetowa kaczka. wysoka na około 30 centymetrów, kształt kulisty. Cena: 69 złotych. Zastosowanie? Trudno powiedzieć, na wodzie nie będzie się unosić. Zbyt ciężka :) Ale właśnie takie rzeczy będę tu wraz z Karoliną prezentował. Może macie pomysł gdzie TO postawić?! :)




Od czasu do czadu będą też precjoza z Almi Decor :)

środa, 9 lipca 2014

List Motywacyjny do Biedronki



Byłem dziś w mojej ulubionej Biedronce, lubię tę sieć. Mam swoje ulubione produkty, jestem zaprzyjaźniony z kasjerkami i kasjerami. Są mili i zawsze chwilkę pogadamy. Przy kasach znów wisi ogłoszenie, ze szukają chętnych do pracy na stanowisku kasjer/sprzedawca. Poza informacjami o warunkach zatrudnienia jest prośba o - co jasne - CV i ... list motywacyjny. I to drugie mnie naprawdę zastanowiło. W drodze do domu zacząłem się zastanawiać nad tym, co ja bym napisał w takim liście. Co mogłoby mnie zmotywować do pracy w Biedronce? Mnie, albo każdego z nas. I doszedłem do wniosku, że ten, który napisał w ogłoszeniu, że oczekuje listu motywacyjnego upadł na głowę i poważnie się w nią uderzył. I naturalnie sam nie zadał sobie tego pytania, które zadałem sobie ja. Już widzę te płynące do Bierdy listy, w których kandydaci przekonują przyszłego pracodawcę jak tak bardzo marzą o pracy w tym sklepie, jak to za każdym razem gdy szusują z wózkiem między półkami zazdroszczą tym, którzy kupowane przez niego towary na półki wykładają. I wreszcie jak bardzo pobudza ich chłód lecący z zaplecza lub z półek z serami. Czego w takim liście motywacyjnym oczekuje osoba rekrutująca? Jeśli liczy na szczerość, to czytanie takich listów może być - delikatne mówiąc - przykre. Bo jeśli pisać szerze to należałoby powiedzieć, że "Mam wyższe wykształcenie, ale w kraju, który jest (według koalicji rządzącej) zieloną wyspą praca zgodna z kwalifikacjami jest  niedostępnym dla mnie przywilejem. Od kilku miesięcy nikt nigdzie nie chce mnie zatrudnić. Nie mam znajomości, ani wysoko postawionego kochanka. Mam za to do zapłacenia comiesięczne rachunki i muszę jakoś na nie zarobić. Dlatego chowam do kieszeni ambicje oraz dyplom i proszę o zatrudnienie mnie w Biedronce zanim zlicytuje mnie komornik." Nie chcę uprawiać czarnowidztwa, ale wydaje mi się, że tak właśnie mógłby wyglądać zupełnie prawdziwy list motywacyjny do Biedronki. Podejrzewam, że osoby która praca w markecie może kręcić, po prostu lubią i sklep i handel. I piszę to zupełnie bez złośliwości, jednak po wielu rozmowach z pracownikami Biedronki wiem, że są tam ludzie, którzy po prostu nie mieli inne wyjścia. I oczekiwanie od nich listu motywacyjnego to dla nich kolejne poniżenie. Tylko trochę lżejsze od konieczności preparowania CV, w celu ukrycia prawdziwego doświadczenia i wykształcenia. 

Jedynym pocieszeniem jest to, że w Biedronce są chociaż umowy o pracę.

niedziela, 22 czerwca 2014

Homofobiczna rodzinka.pl

"MOI ZNAJOMI Z FB, KTÓRZY MAJĄ ZDJĘCIA Z 'parady równości' CZYLI Z PEDAŁAMI I Z GRODZKO WYPIERD*LAJĄ" - napisał na swoim profilu na FB Daniel "Diego" Dziorek. Aktor jednej roli, znany z serialu "Rodzinka.pl". Po rewelacjach Musiała na temat swojej poprawnej orientacji seksualnej wychodzi na to, że to rodzinka mocno homofobiczna. Zastanawiam się mocno nad kryteriami, którymi w doborze znajomych kieruje się pan Dziorek i jak bardzo musiał przestraszyć się opinii ludzi skoro wpis usunął? Pan Dziorek selekcjonując swoich znajomych na tych, którzy lubi na Paradzie Równości z pedałami i na tych, którzy nie byli. Zastawiam się ilu z nich w tym momencie skreśliło go z listy swoich znajomych? I to nie na FB. Bez względu na to czy ma leciutko rozpoznawaną buźkę czy nie. Zapewne pan Dziorek nie wie, ale iluś pedałów, tych którymi tak gardzi, pracuje na to, żeby mógł pokazywać się na ekranie. Statystycznie co najmniej dwie osoby na dziesięć, które spotyka są homoseksualne lub ma skłonności homoseksualne. A w mediach, czyli także w ekipie "Rodzinki.pl" ten odsetek może być nawet większy. I teraz może się okazać, że make up nie będzie już taki dobry jak dotychczas, a światło zostanie ustawione tak, by było widać młodzieńcze pryszcze. Może nawet, któryś ze scenarzystów, producetów czy innych decydentów w sprawie serialiku, w którym występuje pan Dziorek (bo przecież nie gra, bo gra to Gajos) dojdzie do wniosku, że postać Bola niczego nie wnosi i trzeba jej wątek zredukować do minimum? Możliwe jest też, że ktoś z produkcji kolejnego serialu dojdzie do wniosku, że nie chce homofoba w obsadzie? A! Zapomniałem wyłączyć z tego lesbijki. Bo dla takiego buhaja i samca Alfa dwie lesbijki są nieźle stymulujące. Jak bardzo trzeba być ograniczony, żeby u progu kariery, na własne życzenie robi sobie łatkę homofoba? Jak smutnym trzeba być, żeby w tak młodym wieku mieć takie poglądy? Zaczynam już rozumieć, kto głosował na Korwina w ostatnich wyborach. Pan Dziorek zapewne nie wie, że to, czego dokonał dotychczas to nie zadna kariera. To po prostu popularność młodego, mogącego się podobać, mężczyzny. Łatwo przyszła i prawdopodobnie tak samo łatwo pójdzie. A przyszła wraz z sympatią pedałów właśnie, którzy są bardzo aktywni w sieci. No cóż... nie trudno się domyślić, że ta sympatia - tak samo jak w przypadku Musiała - odpłynie. Pedały to strasznie honorowe i pamiętliwe bestie panie Dziorek. A wtedy pozostanie panu tylko Nowa Prawica. Można tam odnajdzie się pan razem ze swoimi poglądami. Tylko co Korwin na to zdjęcie?


 foto. FB

niedziela, 15 czerwca 2014

Lekarz ma leczyć czy ewangelizować?




Aborcja jest czymś złym. W moim przekonaniu to nie podlega dyskusji. Nawet nie próbuję się domyślać, co czuje kobieta, która zmuszona jest poddać się zabiegowi. Polski kompromis aborcyjny mimo, ze kulawy to jest i dopuszcza przerwanie ciąży w kilku ściśle określonych przypadkach. O jednym z nich - za sprawą jednego z warszawskich ginekologów - od kilku dni dyskutuje cała Polska.Prof. Chazan odmówił aborcji kobiecie noszącej w sobie płód, który z powodu mnogości wad umrze jeśli nie w czasie ciąży to natychmiast po urodzeniu. Zasłonił się klauzulą sumienia, która zabranie nie tylko przeprowadzania aborcji, ale też badań prenatalnych, in vitro i przepisywania środków antykoncepcyjnych. Jako dziennikarz myślę sobie co by było gdyby rozszerzyć klauzulę sumienia na inne zawody? W tym na mój. Tak jak wszyscy ludzie jak i dziennikarze mają różne poglądy. Są wierzący i ateiści, są homofobiczni i tacy, którzy sprzyjają środowiskom homoseksualnym. Takie różnie można mnożyć w nieskończoność.  I weźmy teraz choćby kanonizację Jana Pawła II. Tego dnia dziennikarze, operatorzy kamer czy montażyści powinni zasłonić się klauzulą sumienia i powiedzieć "nie robimy"? Wszak dla nich Kościół to jedynie grupa ludzi połączona wspólną pasją, a Jan Paweł II był szefem tej grupy, który po prostu umarł. I w żadną świętość nie wierzą i nie chcą karmić  ludu tymi - ich zdaniem  - głupotami. Weźmy też adwokatów i sędziów. Szczególnie tych drugich. Mieliby zastrzec sobie w umowie o pracę, że ze względy na światopogląd nie będą orzekać w sprawach rozwodowych. Bo to grzech? Komuś się coś chyba pomyliło z tą klauzulą sumienia. Jeśli ktoś decyduje się być lekarzem i odmawia tego, co przysięgał - "po pierwsze nie szkodzić" - to chyba powinien zmienić zawód, albo co najmniej medyczną specjalizację. Jest tyle pięknych możliwości. Można być świetnym ortopedą lub okulistą, a nawet dermatologiem. W ostateczności można zostać księdzem, bo to kościół i msza są miejscami na głoszenie ewangelii i obronę życia poczętego. Takie rzeczy nie powinny dziać się w gabinetach lekarskich.  A jeśli ktoś czuje tego typu misję powinien iść do zakonu czy seminarium. W tych miejscach taka nieprzejednana postawa byłaby całkowicie zrozumiała. Pan profesor złamał prawo nie podając kobiecie w ciąży adres, gdzie mogłaby dokonać aborcji i za to powinien odpowiedzieć. W moim przekonaniu niezrozumiała jest także kwestia narzucania światopoglądu innym zatrudnianym w Szpitalu św. Rodziny w Warszawie lekarzom. Coś takiego jak zbiorowe sumienie szpitala raczej nie istnieje, szczególnie że wspomniany szpital jest placówką państwową. I nie da się tego obronić. A moim zdaniem sprawa jest tożsama z aborcją na życzenie, która w Polsce jest zabroniona. Gdyby pewnego dnia media poinformowały o lekarzu, który dokonał jej poza obowiązującymi ramami prawnymi to już zajmowałaby się nim prokuratura, a wszyscy obrońcy życia urządziliby mu publiczny lincz. Wszyscy zasłaniający się sumieniem i odmawiający wskazania drogi w przypadkach, gdy możliwa jest aborcja powinni wypić szklankę zimnej wody i przestać wydawać wyroki, osądzać. Bo jeśli wierzą w Boga powinni wiedzieć, że zrobić to lepiej niż oni.

wtorek, 10 czerwca 2014

Maryla i disco polo

Przysypiałem oglądając tegoroczny Festiwal w Opolu. Dawno nie wiało z amfiteatru taką nudą. I gdy podczas koncertu Superjedynek dosłownie kleiły mi się powieki na scenę wyszła Maryla Rodowicz. Kocham ją miłością pierwszą o wielu lat. Za całokształt, a szczególnie za płyty "Przed zakrętem" i "Kochać". Babcia Maryla wyskoczyła w żółtych trampkach i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu usłyszałem, że z głośników płyną dźwięki przeboju zespołu Weekend "Ona tańczy dla mnie".


 Momentalnie się przebudziłem. Facebook w sekundę wypełnił się komentarzami w stylu "wstydzę się za Marylę", "po co ona to robi?". I wszystkim obrońcom fałszywej muzycznej moralności odsyłam do reakcji opolskiej publiczności. Oto Maryla Rodowicz, żyjąca legenda polskiej muzyki, na Festiwalu w Opolu zaśpiewała jedne z największych polskich hitów wszech czasów. Przy których te wszystkie gwiazdki celebrytki i ich rzekome hity mogą się schować. Czy to się komuś podoba czy nie "Jesteś szalona" i "Ona tańczy dla mnie" to wielkie przeboje polskiej piosenki. I szczerze mówiąc dziwi mnie, że trafiły do Opola dopiero teraz. W końcu to festiwal dla ludzi i dobrze, gdyby wszyscy fani muzyki coś dla siebie znaleźli. Nie, nie twierdzę, że Opole należy przemianować na festiwal disco polo. Broń Boże! Uważam jedynie, że od czasu do czasu warto wpuścić tam jakieś - nawet kontrowersyjne - powietrze. Pamiętam rok 2000, w Opolu, w duecie z Pawłem Kukizem "Zośkę" zaśpiewała Shazza! Matko, co to się działo. Jakie komentarze były. obraza majestatu festiwalu, że schlebianie jarmarcznym gustom, że wpuszczenie plebsu na salony. A gdy Shazza wyszła na scenę ludzie oszaleli. No i jeszcze się okazało, że laska faktycznie śpiewa. Rok później królowa disco polo wystąpiła już sama. I to w koncercie premier. Zajęła drugie miejsce, zaraz za "Powidz" Ich Troje. A wracając do Maryli. Myślę, że po pierwszym szoku te jej interpretacje przejdą do historii. Posłuchajcie tylko tych pięknych aranżacji. Kto by pomyślał, że "Jesteś szalona" może zabrzmieć tak szlachetnie? To co zrobiła Maryla Rodowicz świadczy o jej olbrzymim dystansie do siebie i do tego całego zbotoksowanego do granic możliwości shoł biznesu.Wtórnego, skostniałego, płytkiego, zachowawczego i kompletnie bez polotu.   I paradoksalnie potwierdza to jej wielkość i niekwestionowaną pozycję. Maryla Rodowicz może proszę Państwa wszystko, bo jest szalona. I po festiwalu to ona - a nie niewidoczny biust jednej z wokalistek, która wciąż myśli, że jest gwiazdą - jest na ustach wszystkich. I tak ma być.

sobota, 31 maja 2014

Wokół pogrzebu generała



Wróciłem właśnie ze spaceru. Nogi, a raczej koła - bo pojechałem rowerem - poniosły mnie na Powązki Wojskowe. Lubie ten cmentarz, tak samo jak Stare Powązki. Nie mam tam nikogo bliskiego, w sensie rodzinnym, ale często tam spaceruję. Traktuje Powązki jak park, a teraz jest tam naprawdę pięknie. Pomniki skryte są pośród zieleni. Takiej soczystej, pełnej. Ptaki śpiewają i jest cicho. Bardzo cicho. Człowiek jest sam ze swoimi myślami. No, prawie sam. Są z nim te wszystkie znane i zupełnie nieznane osoby pochowane w tej samej ziemi. I na Starych i na Wojskowych odwiedzam zwykle te same groby. Chodzę między innymi do Leszka Kołakowskiego, Jana Brzechwy, do Piotra Nurowskiego i Kamili Skolimowskiej. Ostatnio tez niestety do Teresy Torańskiej. Dziś poszedłem też do Wojciecha Jaruzelskiego. Nie trudno było tam trafić, mimo później pory ciągnęły w tamtą stronę tłumy. Ale nie tylko one wskazywały, że idę w dobrym kierunku. Miałem pewność, ze tak jest, gdy w oddali zobaczyłem policjantów. I tak sobie pomyślałem: co żeśmy za czasów dożyli, że policja musi pilnować grobu? Zażenowanie towarzyszyło mi jednak już wczoraj, gdy oglądałem transmisję z uroczystości pogrzebowych. Najpierw z kościoła, potem z cmentarza. Zaznaczam, że nie chcę tu oceniać postaci generała Jaruzelskiego, jego życia i decyzji. Podzielę się z Wami moimi wrażeniami z wczoraj. Jak ktoś, kto nazywa się katolikiem może stać przed kościołem, w którym trwa msza żałobna i w ręku trzymać transparent "Spieszmy się rozliczać aktorów okrągłego stołu - tak szybko odchodzą"???? Jak może wykrzykiwać różne epitety, gdy w środku ksiądz się modli i mówi, że śmierć Jaruzelskiego to test dla wierzących. Jak można iść na cmentarz i zagłuszać podłymi wrzaskami marsza żałobnego? Wreszcie jak można iść na cmentarz i tam się szarpać? To wszystko nie stoi w sprzeczności z wiarą tych ludzi? mnie do wzorowego katolika brakuje bardzo dużo, ale mi mimo to, że moja wiara wiara wciąż targana jest wątpliwościami to w życiu na pewne rzeczy bym się nie zdobył. Mam sporą wyobraźnię, napisałem dwie książki, jestem w trakcie pisania trzeciej. Jednak nie starcza mi fantazji by coś takiego pojąć! Śmierć to jest wielka siła. Każdy z nas pewien czuć przed nią swego rodzaju respekt. Śmierć człowieka i jego pogrzeb to momenty szczególne. Śmierć sprawia, że to już nie ludzie oceniają życie zmarłego. A już na pewno nie w taki sposób, nie w dzień pogrzebu. Czemu do cholery nikomu z tych "prawdziwych Polaków" nie przyszło do głowy co czuje w takiej chwili rodzina zmarłego? Powie ktoś " a czy Jaruzelski zastanawiał się co czuły rodziny ofiar stanu wojennego?". Może się nie zastanowił, może miał to w nosie, a może bardzo to przeżywał. Tego nie wiem i się nigdy nie dowiem, ale z tego co mi wiadomo jedną z naczelnych zasad wiary jest miłosierdzie i wybaczanie. A tego wczoraj nie wiedziałem. I po dzisiejszej wizycie na cmentarzy odważę się powiedzieć, że w tej ziemi oni wszyscy są równi.

środa, 21 maja 2014

Pani Żona Lewandowska

  

Dziś Anna Lewandowska, z domu Stachurska. Jeśli ktoś kto to jest to podpowiem. Żona. Roberta Lewandowskiego.  Żona, której najwyraźniej podoba się bycie żoną takiego męża. Komu by się nie podobało? Założyła bloga, namawia do aktywności fizycznej i zdrowego (chociaż zwykle niezbyt taniego) jedzenia. Jest także mistrzynią i wicemistrzynią w karate tradycyjnym! O czym jednak mało kto wie, bo nie jest to informacja, którą jakoś szczególnie się chwali. Dużo lepiej czuje się w roli celebrytki i koleżanki Natalii Siwiec. Zalewa sobą media. Jest w rubrykach towarzyskich kolorowej prasy, a ostatnio także w telewizyjnych reklamówkach. Czemu laska, która ma swoje sportowe sukcesy nie występuje w tych spotach jako sportsmenka z niemałymi sukcesami? Czemu to nigdzie nie jest wyszczególnione, wybite? Czemu woli być tylko żoną TEGO Lewandowskiego? Dziwi mnie to i niesamowicie irytuje. Ja - szeregowy widz i obserwator popkultury - odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z jakimś leniuchem, który odcina kupny od cudzej (męża) wypracowanej latami i niewątpliwie zasłużonej sławy. Czytałem gdzieś, że jest też wykwalifikowanym dietetykiem. Czemu tego nie podkreśla? "Moda, w której nie można wyjść na ulicę, nie jest modą." powiedziała kiedyś Coco Chanel. Tak samo z żarciem. Żarcie, którego nie można zrobić szybko, tanio i zdrowo jest dla mnie średnim żarciem. Nie ma co się chwalić nie swoją kasą i tym co można za nie swoją, a może raczej nie zarobioną przez siebie, kasę kupić. To taki głupi, szczenięcy szpan. Dziewczyna, którą lubiłem na naszych oczach zmienia się w lalę bez mózgu, która jest pod wrażeniem Natalii Siwiec.  I zdaje się nie mieć świadomości, że Anna Lewandowska bez Roberta Lewandowskiego jest nikim ważnym i pies z kulawą nogą nie zwróciłby na nią uwagi. Czytałem rok temu o tym jaka jest ambitna, jaka pracowita, jakiej to nie ma fascynującej osobowościowi. Czas mija, a ona pokazuje się z zupełnie innej, niezbyt interesującej strony. "Czasami mam wrażenie, że żyjemy z Robertem w jakiejś bajce. Nie mogę uwierzyć w to wszystko, co wydarzyło się w naszym życiu. (...) Nauczyłam się też nie wstydzić tego, że zarabiamy pieniądze." - powiedziała pani Lewandowska. Na usta ciśnie się pytanie: Wy? Czy on?

sobota, 17 maja 2014

List otwarty do Beaty Kempy




Na tydzień przed wyborami do parlamentu Europejskiego Beata Kempa i jej partyjni koledzy w wyborczym spocie zachęcają Polaków do odpowiedzenia sobie na kilka pytań. Pani poseł pyta: Czy jesteś przeciwny gender, małżeństwom homoseksualnym i adopcji przez nie dzieci?



Ja, wyborca, także mam do Pani Poseł kilka pytań:

1/ Co w praktyce oznacza hasło "NIE DLA HOMO"?
2/ Czy ewentualny udział ze władzy Solidarnej Polski jest tożsamy z delegalizacją homoseksualizmu?
3/ Jakie kary przewidujecie Państwo dla homoseksualistów, którzy w myśl hasła "NIE DLA HOMO" staną się przestępcami?
4/ Skąd wzięła Pani dane dotyczące tego, że homoseksualiści chcą adoptować dzieci?
5/ Czy nie uważa Pani Poseł, że hasło "NIE  DLA HOMO" nawołuje do nienawiści ze względu na orientację seksualną? Czy nienawiść to uczucie dopuszczalne przez osobę uważającą się za katoliczkę?
6/ Czemu chce Pani na plecach osób homoseksualnych wejść do Parlamentu Europejskiego?
7/ Czy nie uważa Pani, że Polska ma kilka bardziej palących problemów niż rozprawianie się gejami?
8/ Czy - w przypadku sukcesu wyborczego - nie będzie Pani podawać ręki homoseksualnym europosłom?
9/ W jaki sposób - z Brukseli - chce Pani walczyć z homoseksualistami w Polsce?


Będę wdzięczny za odpowiedź jeszcze przed nastaniem ciszy wyborczej.

Mikołaj Milcke
pisarz, gej

środa, 14 maja 2014

Kompromitacja "Newsweeka". Uśmiercili gen. Jaruzelskiego.

Tuż przed 11. Facebooka obiega informacja "Generał Wojciech Jaruzelski nie żyje!" Puszcza ją "Newsweek", a za nim kilka różnych redkacji. Włączam telewizor, żółty pasek w TVN24 jest, ale o wypadku w kopalni w Turcji. To samo w Polsacie News. Już wtedy wiedziałem, że to nie prawda. Mimo to czekałem co będzie dalej. Znajomi z newsowych redakcji zaczęli pisać, że to nie prawda. Że dzwonili a to do szpitala, a to co Moniki Jaruzelskiej, które tę plotkę zdementowała. I tak sobie pomyślałem... co bym zrobił na miejscu przewodzącego ten opiniotwórczy periodyk. Po takiej kompromitacji to nie zostaje nic innego jak zawodowe strzelenie sobie w łeb, czyli NATYCHMIASTOWA dymisja! Jak można puścić taką informację bez potwierdzenia!? Ale gdzie niby Lis miał to potwierdzić?! U Moniki, którą kilka tygodni temu okłamał, a potem nie raczył odbierać jej  telefonów? Tak to jest, że pogoń za newsem kończy się pewnego dnia żenującą katastrofą. Razem z "Newsweekiem" tego hot newsa podał "Fakt" i to chyba właśnie najlepsza odpowiedź na pytanie jak należy "Newsweeka" traktować. I pomijam w tym wszystkim - chociaż o tym nie zapominam - mój osobisty zatarg z tym tytułem i streszczenie w jednym z lutowych numerów mojej książki "Chyba strzelę focha!" i skopiowanie mojego patentu na opisanie terapii leczenia z homoseksualizmu. Przejmowanie cudzych pomysłów i podpisywanie ich jako swoje to pikuś w porównaniu z tym, z czym mamy teraz do czynienia. Teraz i na przestrzeni miesięcy. W ostatnim czasie kilka znanych i poważnych osób zarzuciło "Newsweekowi" Lisa nieetyczne działanie. Dziś tylko się to potwierdziło. Jestem jednak pewien, że szef tej gazety nadal będzie uznawał się za strażnika zawodowej i zwykłej ludzkiej etyki, omnibusa dziennikarstwa, a całą tę wpadkę uznawał będzie za niebyłą. No bo przecież każdego kogo się uśmierciło można wskrzesić. No bo kto zabroni Lisowi być Łazarzem?

niedziela, 11 maja 2014

Czemu z Wielkiej Brytanii i Irlandii było zero punktów podczas Eurowizji?


Patrzyłem wczoraj na wieczorne Eurowizyjne głosowanie. Nie, nie spodziewałem się wygranej Cleo i Donatana, ale przecierałem oczy ze zdziwienia, gdy kolejne kraje przekazywały swoje rezultaty. Szczególnie zatkało mnie, gdy zobaczyłem wyniki z Irlandii i Wielkiej Brytanii. Były to dwa zera. Mój komentarz był prawdopodobnie taki sam jak większości widzów. Głośno padło pytanie: Jak to możliwe, że nie dostaliśmy nic z krajów, w których Polacy stanowią trzecią mniejszość narodową?! Odpowiedź przyszła tuż po zakończeniu transmisji, gdy EBU podała szczegółowe wyniki głosowania składów jurorskich i widzów. I co się okazało? Zarówno w Wielkiej Brytanii, jaki i Irlandii Polonia wydzwoniła nam pierwsze miejsca. A zero punktów to efekt głosowania jury. W Wielkiej Brytanii i Irlandii profesjonalne jury uznało naszą piosenkę za NAJGORSZĄ ze wszystkich. Daleki jestem os snucia spiskowych teorii, ale nie chce mi się wierzyć, że jurorzy nie byli w stanie przewidzieć wyników głosowania widzów i nie ocenili nas tak surowo celowo. Żeby potem kompilacja ich wyników z głosowaniem ludzi dała ZERO. Jest to dość małostkowe i nie zamierzam nawet kryć zniesmaczenia. Co to a być? Jakaś symboliczna kara za "seksistowski" występ czy za soft porno na scenie? Pieprzeni strażnicy moralności. Piosenkę "My Słowianie" docenili też widzowie w Hiszpanii, na Łotwie, W Holandii, Belgii i Austrii, ale tam też przyblokowali nas członkowie komisji. Zaczynam się zastanawiać czy udział w Eurowizji ma sens... Gdy wysyłamy ckliwe ballady jest źle, gdy pokazujemy folk i biusty też jest fatalnie. Może lepiej faktycznie dać sobie spokój. Zwłaszcza, że za rok ludzie już nie zagłosują. Harują za granicą od rana do nocy, wysyłają SMS i okazuje się, że można sobie to włożyć w buty, bo z tych głosów nic nie wynika. I chyba właśnie Polaków (i mam nadzieję, że nie tylko Polaków) za granicą jest mi żal najbardziej. Zostali nabici w butelkę dużo bardziej niż my.

I jeszcze ten prezes TVP siedzący razem z artystami na kanapach. Żenada. Wróg Eurowizji grzał się w jej ciepełku. 

 
kraj                jury                  widzowie          miejsce           punkty
Albania 22        brak głosowania 22 0
Armenia 11 16 16 0
Austria 24 3 13 0
Azerbejdżan 11 12 9 2
Białoruś 8 5 4 7
Belgia 26 4 16 0
Dania 18 10 15 0
Estonia 26 17 25 0
Macedonia 12 3 6 5
Finlandia 24 11 20 0
Francja 15 3 6 5
Gruzja        Brak jury 12 0 0
Niemcy 4 3 2 10
Grecja 17 5 10 1
Węgry 15 7 8 3
Islandia 23 2 8 2
Irlandia 26 1 15 0
Izrael 18 12 15 0
Włochy 6 3 3 8
Litwa 24 10 19 0
Łotwa 24 4 15 0
Malta 18 9 14 0
Mołdawia 12 8 9 2
Czarnogóra 7 11 7 4
Norwegia 19 1 9 2
Portugalia 23 16 22 0
Rumunia 23 21 23 0
Rosja 24 13 20 0
San Marino 23        brak głosowania 23 0
Słowenia 10 14 10 1
Hiszpania 15 6 11 0
Szwecja 17 3 9 2
Szwajcaria 18 7 14 0
Holandia 24 2 13 0
Ukraina 8 1 4 7
Wielka Brytania 25 1 11 0










dane:  eurovision.tv

































































piątek, 9 maja 2014

Biusty porywające gejów czyli "My Słowanie"



 Ja i wielu moich znajomych jaramy się awansem Cleo i Donatana do finału Eurowizji. Zdaję sobie sprawę, z tego już wcześniej ich piosenka była, jednak mnie jakoś specjalnie nie zaatakowała. Pamiętam swoją reakcję, gdy dowiedziałem się, że to oni pojadą do Kopenhagi. A właściwie dwie myśli. Pierwsza: świetny pomysł, a druga (po zobaczeniu teledysku) jestem jednak gejem na milion procent. Biusty występujących w nim bardzo fajne, ale erotycznie nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia :) Naszedł dzień naszego półfinału. Do domu wpadłem spóźniony i zobaczyłem polski występ z odtworzenia. Miałem ciarki, zajarałem się jak dziecko i bylem niemal pewny, że ładne dziewczyny zwrócą uwagę publiczności w Europie. Niemniej jednak nie byłem pewien awansu. Strasznie się ucieszyłem na dźwięk słowa "Poland". poczułem się co najmniej jak jakby Cleo i Donatan już wygrali. Po chwili przyszła refleksja czy głosowali nas Polacy mieszkający w poszczególnych krajach? Wszak w naszym półfinale mogli głosować ludzie z UK, Irlandii i Niemiec. Czy może jednak nasz utwór spodobał się międzynarodowej publiczności? No i wreszcie czy przypadkiem nie było tak, że awansowaliśmy dzięki głosom jury jak np. Isis Gee?  Porzuciłem jednak czarne myśli i wrodzone malkontenctwo. Dałem się ponieść entuzjazmowi. I chyba nie tylko ja. Media także. Rozpoczęło się pompowanie balonu. Jak przed Euro 2012. Że musi być sukces, że będzie dobre miejsce, że dużo ludzi ogląda polski występ na YouTube  i to dobra wróżba. Być może tak w istocie jest, ale ja chyba wole nie spodziewać się zbyt wiele. Eurowizyjne głosowanie jest jakie jest i nikt z nas, nawet Słowianki z pięknymi biustami tego nie przeskoczą. Poza tym ludzie to uczucie gdy się udaje mimo mojej małej wiary :) Czytam też komentarze zagranicznych mediów,  że niby nasz występ był seksistowski, a ponętne panie przysłoniły słaby wokal Cleo i kiepską piosenkę. I co ja na to? Wolak Cleo wcale nie jest słaby, a fakt, że mamy fajne dziewczyny przemawia tylko i wyłącznie na naszą korzyść. Każdy orze jak może! Nie od dziś wiadomo, że fanami Eurowizji są geje. Tym bardziej zabawne jest, że kobiece wdzięki przyprawiły nas o dreszcze. Czyżby Konkurs Piosenki Eurowizji i ubijanie masła na scenie leczyły z homoseksualizmu? :)


Do zobaczenia jutro przed telewizorami. I jeśli czytacie to gdzieś w Europie to zagłosujcie jutro na Polskę. My Słowianie wiemy jak użyć mowy ciała! :)



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wyprzedaż Piróga


Ten wpis miałem zamieścić już jakiś czas temu. Dokładnie po programie TVN "Na językach", w którym mowa była o - pasjonującej z pewnością  - biografii Michała Piróga. Wygląda na to, że postanowił sprzedać ją na szerokim opowiadaniu o swoim związku z przeszłości. Bardzo wyraźnie daje zrozumienia, że chodzi o związek z pewnym bardzo znanym polskim wokalistą.Książki nie czytałem, raczej nie kupię. Jest szasna, że przekartkuję ją w sklepie, żeby zobaczyć jak nisko można upaść... jak wiele prywatności można sprzedać, żeby powiedzieli, napisali, zacytowali.

Jak bardzo krótkowzrocznym trzeba być, żeby nie wiedzieć, że  zycie się rożnie układa. Spotyka się różne osoby, z niektórymi chodzi się do łóżka, a z innymi na kawę. Jeszcze z innymi tworzy się pary. W życiu jest też tak, że czasem pary się rozchodzą. Smuci mnie, że niektórzy nie znają słowa dyskrecja, szacunek, tajemnica. Zwłaszcza wobec osoby, którą podobno kochali. W moim przekonaniu pewne rzeczy, które wydarzyły się między dwojgiem (para) lub większą grupą (przyjaciele, a nawet obcy, z którymi zadziały się jakieś rzecz - i nie myślę tu o seksie) nigdy w życiu nie powinny być opowiadane czy sprzedawane. To powinien być kamień w wodę. Raz na zawsze. Jeśli on myśli, że dzięki kłapaniu dziobem sprzeda więcej książek i się dorobi, to nawet nie wie jak wielkim jest błędzie. Ludzie nie są głupi. Zdają sobie sprawę z tego, że co lepsze fragmenty już przedrukowała lub za chwilę przedrukuje brukowa prasa. A jeśli nadal - w co wątpię - będą ciekawi jak wygląda dom w Pionkach, to zrobią jak ja. W najlepszym przypadku zerkną książkę w EMPiKu-u. Co więcej, pan Michał daje ludziom, których zna wyraźny sygnał: Lepiej się ze mną nie zadawać, bo jak się skoczy przyjaźń to opiszę wszystko w kolejnej książce.


I jeszcze słowo o zapowiedzi demaskowania "ukrytych gejów".


"Chciałbym, żeby każdy zrobił to, co mu da szczęście i wolność. Nie każdy zaraz chce się wyoutowywać" - mówi we "Wprost" Piróg. 

 Otóż panie Michale to jest tak, że nie każdemu opowiadanie o swoim homoseksualizmie da szczęście i wolność.  Niektórzy lubią o tym rozmawiać i być najpierw gejem, potem człowiekiem. Inni nie mają z tym problemu i są ludźmi, którzy są gejami. A jeszcze inny nie mówią i nigdy nie będą mówić o swojej orientacji. I naszym zasranym obowiązkiem jest to uszanować. Bez względu na to czy mamy tego dość czy nie. A kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Warto o tym pamiętać.

A mówiąc o politykach prawicy, którzy korzystają w usług gejowskiej agencji towarzyskiej, ale bez podawania nazwisk pan Piróg przypomina Jarosława Kaczyńskiego, który zwykle mówi, że coś wie, ale nie powie.

Jak dla mnie Michał Piróg ostatnio ma same wizerunkowe wpadki. Pomijam sprzedawanie prywatnego życia w książce. Pomijam rzucanie - oczywiście przypadkowych - podejrzeń na różnych ludzi. Najbardziej zabolał mnie fakt, że Michał Piórg jest "przyjacielem domu"  w reality show Natalii Siwiec. Strasznie musi facet nie mieć kasy, skoro ima się takich historii....

niedziela, 6 kwietnia 2014

Jerzy Janowicz to arogancki gówniarz czy głos młodych Polaków?

"Jesteśmy krajem, w którym nie ma perspektyw dla nikogo, w sporcie, biznesie ani w życiu prywatnym. Studenci idą na studia tylko po to, żeby wyjechać z tego kraju, trenujemy po jakichś szopach."




Tak mówił dziś wściekły na dziennikarzy Jerzy Janowicz na konferencji po meczu z Marinem Ciliciem podczas zawodów Pucharu Davisa. Dla jasności muszę napisać, że Jerzy Janowicz. A napisać, że był wściekły to mało powiedziane. Jerzy Janowicz był po prostu wkurwiony. I mocno zaatakował przepytujących go dziennikarzy. I wtedy się zaczęło. Że arogancki, że cham, że awanturnik. Fakt jest faktem. Poniosło go. Jestem nawet gotów stwierdzić, że trochę za bardzo. Jednak muszę też postawić zasadnicze pytanie: Czy Janowicz - w kwestii opisania naszego kraju - nie miał racji? Czy naprawdę Polska jest krajem, w którym chce się żyć? Janowicz to młody, piekielnie zdolny gość. Trenuje od momentu, gdy zaczął chodzić. Rodzina wyprzedała majątek, by mógł wyrosnąć na tego, kim dziś jest. A jest obecnie najlepszym polskim tenisistą. Bywa w świecie, widzi jakie warunki do trenowania mają jego koledzy w innych krajach. Widzi też jakie perspektywy do życia mają wchodzący w życie młodzi ludzi na świecie. Dziś był wściekły i powiedział to, o czym wszyscy wiedzą, ale jakoś nikt nic nie mówi. Wszyscy wychodzimy z założenia, że po co strzępić sobie język skoro i tak żadne gadanie niczego nie zmieni. W emocjonalnej wypowiedzi Janowicza padło zdanie, że w Polsce studiuje się tylko po to, by z dyplomem uciec za granicę. Może ktoś powie, że tak nie jest?! Gadałem niedawno ze znajomą mieszkającą w Szwajcarii, która powiedziała mi, że zasiłek dla - nielicznych tam - bezrobotnych wynosi w przeliczeniu na złotówki 6000 PLN. A władze doszły niedawno do wniosku, że może warto go podnieść do 8000, bo za 6 to trudno przeżyć. I tu znów przywołuję Janowicza. Co z tego, że jesteśmy w zjednoczonej Europie? Co z tego, że podczas kryzysu pozostajemy ciągle "zieloną wyspą"? Co z tego do cholery? Skoro ludzie po studiach, żeby zarobić 6 tysięcy czasem muszą pracować po 3 miesiące? I jeszcze mają szczęście jak im się płaci. Bo najchętniej pracodawcy chcieliby mieć w zespołach samych stażystów lub wolontariuszy, którzy za dyplom i uścisk ręki prezesa mieszkają pod biurkiem w firmie, którą będą traktować z nabożeństwem, a szefa jak Boga. I w życiu nikomu nie przyjdzie do głowy, by poprosić o zapłatę czy umowę o pracę.

"Spójrzcie na Zbigniew Bródkę, który musi trenować za granicą. Dlaczego macie oczekiwania wobec nas? Wyjdźcie sami na kort i przepracuje na nim całe życie, a dopiero potem miejcie oczekiwania. To już mnie śmieszy. Przeżyjcie to, co sportowcy. Nie ma żadnej pomocy w sporcie i w żadnym zawodzie."

To też prawda, ale raczej bym ją skierował do polityków, którzy bardzo chętnie grzeją się w ciepełku wszystkich, którzy osiągnęli sukces. Czy to ze sportowcami czy to z młodymi naukowcami czy też artystami. Nasze państwo - jak już kiedyś pisałem - umie mówić tylko "daj", nie zna za to innego prostego słowa - "masz".  A i dziennikarze, którzy w swoich pięknych redakcjach umieją tylko krytykować też dostali za swoje. I bardzo dobrze!

 




sobota, 29 marca 2014

Kiedy gej staje się stary?



Odbyłem wczoraj bardzo ciekawą rozmowę. Jedną z tych o życiu. Z kolegą, gejem (lat 34, to ważne). Ostatnio zaczął bardzo o siebie dbać. Z miśka stał się muskularnym macho. Nie powiem, że źle wygląda. Wręcz przeciwnie. Wygląda świetnie! Zapytałem go z czego czerpie motywację, bo ja muszę się bardzo zmusić, żeby wyjść z domu i pobiegać. O siłowni nie ma mowy, przerzucania żelastwa mnie nie kręci kompletnie. Dobrowolnie i z przyjemnością wychodzę tylko na rower. To co usłyszałem wbiło mnie w fotel. Otóż dowiedziałem się, że latka lecą i pewnego dnia każdy gej (ponoć facetów hetero dotyczy to mniej, a nawet prawie wcale) staje prze wyborem: czy nadal chce być w puli czy się dematerializuje. A ten dzień przychodzi w dniu 30. , a maksymalnie 35. urodzin. Podobno gej po 30 może bez krępacji nazwać się emerytem. Ta myśl męczyła mnie przez całą noc i przez pół soboty. Z bólem serce stwierdziłem popołudniu, że w tym emerycie po 30 coś jest... Niestety. Pamiętam jak kiedyś bylem zalogowany na różnych portalach randkowych. Pamiętam też dzień, w którym wiek (zwany przez niektórych prefixem) zmienił mi się z 29 na 30. Dobrze pamiętam, że właśnie wtedy zaczęły przychodzić propozycje seksu za pieniądze, z dokładnym cennikiem co, za ile, jak długo itd. Raz czy dwa wdałem się w dyskusje z tymi - zwykle bardzo młodymi - chłopakami. Pytałem czemu akurat do mnie napisali? Czy może wyglądam na takiego, który musi płacić bo za darmo nikt niczego z nim nie zechce? Czy może wyglądam na kogoś zamożnego? Odpowiedzi były proste: "Bo jesteś 30+". Dla tych dwudziestoparolatków 30+ to już staruszek. Niemalże stojący nad grobem...  I tu wracam do rozmowy z kumplem. Zapytałem czy jego zdaniem piękne ciało przesuwa granicę "gejowskiej starości"? Nie miał wątpliwości. Powiedział też, że odkąd wygląda jak wygląda młodzi chłopcy sami się do niego garną i skończyły się propozycje seksu z pieniądze. I tak sobie myślę... jakich dożyliśmy idiotycznych czasów. Mózg i częstotliwość jego używania nie mają znaczenia. Liczy się "siłka". I co mają zrobić inni? Iść na tę siłkę i robić wszystko, by jak najszybciej doszlusować do "elity"? Czy lepiej godnie konsumować swoją  "starość" z książką w ręku? Ja cale życie wychodziłem z założenia, że facet staje się naprawdę interesujący grubo po 30. Właśnie gdzieś w okolicy 35. roku życia. Wychodzi więc na to, że ciągnie mnie to... emerytów :)

Zapytałem mojego kumpla jeszcze o jedno. Kto może zainteresować się normalnym 35-latkiem? Usłyszałem, że ... chyba tylko biedny dziadek. Dopytałem co więc z innymi 30-latkami? "Wolą młodych." - oznajmił.

Młodych... pozdrawiam zatem z domu starców na Żoliborzu :)