wtorek, 16 września 2014

Lubię stan po słowie "Koniec"

Pomysł na nową książkę urodził się, gdy kończyłem pisać "Chyba strzelę focha!". Zainspirowało mnie jedno zdanie w czytanej wtedy książce. Wtedy też powstał pierwszy szkic historii - z zakończeniem włącznie - i sylwetki piątki najważniejszych bohaterów. A potem była promocja "Focha" i zawirowania w życiu osobistym. Nie chciało mi się pisać. Nie miałem mocy. A gdy już ja znalazłem w okolicy listopada to znów się pochrzaniło i po napisaniu 20 stron przestałem. Wydawało mi się nawet, że nie dam rady tego skończyć. Otwierałem plik i pisałem po 4 linijki dziennie. Ciężko było złapać rytm. Do później wiosny miałem wrażenie, że tekstu raczej ubywa niż przybywa. O tym, że piszę książkę przypominały kartki z planem wydarzeń, zależnościami, powiązaniami, faktami i datami, od których w nowej książce aż się roi. 1954, 1981, 1985, 1989, 2004, 2010 czy wreszcie 2015 :) Tak, w 2015 roku też dzieje się ta książka! 




I chociaż napisałem słówko "koniec" to tak naprawdę to jeszcze nie koniec :) Jest to koniec pracy - a z zasadzie codziennej orki - nad fabułą. Zasadniczą częścią powieści. Gdy już wiadomo co, kto, po co, dlaczego, jak długo. Wiadomo też, że już niewiele się zmieni. To uprawnia do otworzenia szampana :) Kolejny dzień po słowie "koniec" jest dziwny. Włącza się komputer, ale nie trzeba już pisać! To dziwne, zwłaszcza, że przez pół roku wciąż się pisało:) To także czas, gdy gotowy - chociaż jeszcze nie zredagowany tekst - wysyła się do kilku zaufanych osób i w mailu z plikiem pisze się "czytaj na krytycznie". Niedługo potem zaczynają spływać pierwsze opinie. Już spływają!  A biedny autor sam musi zmierzyć się ze swoim nowym dziełem! A to bardzo trudne. Bo niby człowiek jest dumny, że wymyślił i przeprowadził tę intrygę, ale trzeba spojrzeć na te zapisane strony krytycznie. Czy wszystko jest zrozumiałe, czy jedno wynika z drugiego, czy to wszystko miało szansę się zdarzyć i wreszcie czy to wszystko naprawdę trzyma się kupy. Jestem właśnie na tym właśnie etapie :) Nie jest źle :) Ta druga część pracy, którą trzeba wykonać przed premierą jest dla autora już lżejsza. Czego nie można powiedzieć o redaktorze, albo - jak u mnie - redaktorce Olce, która będzie się znęcać nad moim dzieciątkiem, a gdy już skończy dziecko będzie o wiele ładniejsze niż wcześniej :)Będą też rozmowy o okładce, o tym co lub kogo na niej pokazać, co napisać, jak poprowadzić promocję, by książka trafiła do jak największej liczby odbiorców. Lubię ten czas.Na większe nerwy pora przyjdzie w przyszłym roku. Czy się spodoba? Czy Czytelnicy zaakceptują nową historię? Czy nie przestrzeliłem? Czy ich porwie? Chciałoby się :)

Moja nowa książka ma póki co tylko roboczy, chociaż całkiem fajny, tytuł. Z pewnością do gwiazdki ustalimy z Wydawcą jak ostatecznie będzie nazywać się moja nowa książka. I wtedy właśnie na pewno się tym z Wami podzielę. Fajnie, że jesteście i fajnie, że jest Was coraz więcej :) Dzięki.