niedziela, 3 sierpnia 2014

Pracownik kontra szef. Lemański kontra Hoser.



foto: interia.pl



        Biskupi "muszą wymrzeć", wtedy w Kościele dokonała się zmiana. A wierni powinni wychodzić z mszy na znak protestu. Tego dowiedzieliśmy się od ks. Lemańskiego na przystanku tegorocznym Woodstock. Pierwszy pogląd to wg. ks. Lemańskiego zdanie wypowiedziane przez jego profesora w seminarium. Drugie dotyczyło agitacji politycznej w Kościołach. Ale czy gdyby ksiądz z tym pierwszym się nie zgadzał, to by je przywołał? "Jeśli potwierdzą się (...) skandalizujące wypowiedzi, które wedle doniesień prasowych miały tam paść, to postępowanie takie – niegodne kapłana Kościoła Katolickiego – spotka się ze zdecydowaną reakcją i konsekwencjami. Przed podjęciem decyzji sprawa ta zostanie najpierw wyjaśniona i zweryfikowana." - pisze w oświadczeniu Kuria Warszawsko-Praska. Jej rzecznik dodaje, że możliwe jest wydalenie słynnego księdza ze stanu kapłańskiego. I zaczyna się dyskusja. Jedni przypominają (już) pana Wesołowskiego, który na Dominikanie gwałcił dzieci i papież ostatnio wydali go ze stanu duchownego. Inni poznańskiego abpa. Petza, który przez miał molestować kleryków. Wielu zestawia te sytuacje ze sobą i słownie linczuje bp. Henryka Hosera, przełożonego ks. Lemańskiego. Ja proponuję spojrzeć na sprawę z zupełnie innej perspektywy. Na początek potraktujmy Kościół jak przedsiębiorstwo, które daje pracę księżom. Jest tam jakiś kodeks pracy i regulamin, do którego wszyscy tam zatrudniani muszą się bezwzględnie stosować. Mają zresztą czas (i to sporo czasu w seminarium) na przemyślenie czy faktycznie gotowi są na sztywną hierarchiczną strukturę i (w jakimś stopniu) wyrzeczenie się prywatnych opinii. Nikogo na siłę się nie wyświęca. Firma ma około 2 tysięcy lat tradycji i przez ten czas hulała całkiem nieźle (choć to istoty, przesłania, a także sposobu działania każdy może mieć swoje, także krytyczne, zadanie). Pewnego dnia, pewien niepokorny pracownik zaczyna stwarzać problemy. Media tygodniami żyją jego konfliktem z przełożonym. Poczynania podwładnego trafiają nawet do szefa wszystkich szefów (uważanego powszechnie za świetnego gościa, którego niepokorny podwładny nawet może troszkę przypomina), który jednak  nie przyznaje mu racji. Pracownik nie zostaje jednak wyrzucony z pracy. Zostaje przeniesiony na mniej eksponowane stanowisko. Wydaje się to kończyć sprawę aż tu nagle na spotkaniu z młodzieżą podwładny mówi, że wszystko się zmieni na lepsze, gdy jego szef i jemu podobni w różnych zakątkach Polski wymrą. Mówi też, że ludzie powinni wychodzić z miejsc, w których dana firma świadczy usługi. Dla mnie jest równoznaczne z podkopywaniem autorytetu danej firmy. I co na miejscu tegoż szefa robicie? Udajecie, że się nic nie stało czy zwalniacie dyscyplinarnie? Załóżmy, że szef nie reaguje. Więcej niż pewne jest to, że za rok połowa jego oddziałów lokalnych będzie pracowała według własnego widzimisię. A to najlepsza droga do rozsypania się firmy w drobiazgi. Konkretnie przykłady? Gdyby na antenie Radia XZY prowadzący program powiedział, że Radio to kłamie, że należy je wyłączać na znak protestu i że poprawi się wówczas, gdy redaktor naczelny umrze. Tak samo w telewizji. Prowadzący audycję udziela wywiadu, w którym krytykuje pracodawce i linię redakcji. Co waszym zdaniem zrobiłby pracodawca?

      Spójrzmy też na tę sytuację oczami pracownika, który głosi te kontrowersyjne tezy. Co robicie, gdy sytuacja w firmie wam się nie podoba, ale nie macie nic innego na oku? Paplacie językiem czy siedzicie cicho? Pracownik, któremu firma obrzydła na tyle, że czeka na śmierć przełożonych powinien się z moim przekonaniu zwolnić i albo zatrudnić się u konkurencji, albo otworzyć własny interes jak zrobili to np. Marcin Luter czy angielski król Henryk VIII.

   Powtarzam. Nie oceniam ani ks. Lemańskiego, ani bp. Hosera. Po prostu pokazuję tę sytuację z komercyjnej perspektywy.